piątek, 19 lutego 2016

Rozdział VI

Emma skrzywiła się, gdy ból znów przeszył jej ciało. Idący obok niej Jim spojrzał na nią z niepokojem, a ona zacisnęła zęby z irytacji, opierając się o ścianę kamienicy. Szli już ze dwie godziny, lecz tempo ich marszu pozostawiało wiele do życzenia. Emma była osłabiona, a do tego rana na brzuchu otworzyła się jakiś czas temu, więc dziewczyna krzywiła się co chwilę, przyciskając rękę do brzucha. Czuła pod palcami krew, ale wiedziała, że nie mogą pozwolić sobie na odpoczynek. Za niedługo skończy się im jedzenie, a Emma nie da rady szukać sklepu w tym stanie.
Wzięła drżący oddech i znów podjęła marsz. Wcześniej Jim mimo głośnych protestów Emmy wziął jej plecak, a do tego przyjął obowiązek uspakajania Mary, która co chwilę jęczała, że chce się zatrzymać. Mimo iż ciągle musiał albo nakłaniać Mary do marszu, albo poprawiać ciężki plecak na plecach, albo rozglądać się za Pożeraczami, to jeszcze znajdował czas na martwienie się o Emmę. Dziewczynę strasznie to irytowało, ale była tak osłabiona, że mogła tylko iść przed siebie i starać się nie upaść. 
Wiedziała, że do Jedynki mieli jeszcze tylko kawałek, jednak obawiała się, że nie dojdą tam w tym tempie. Emma zagryzła wargę i rozejrzała się. Po lewej zobaczyła dwóch idących ludzi, którzy chwilę później już zniknęli między budynkami. Od jakiegoś czasu co chwilę widziała dwu lub trzyosobowe grupki. Jedna taka grupka minęła ich jakieś pół godziny temu i Emma zobaczyła na ich ramionach te same opaski, które widziała wcześniej. Tamci też  na nich patrzyli, z wrogością i nieufnością. Emma zapamiętała, że był to chłopak, dziewczyna i starsza kobieta. Kobieta nawet nie zaszczyciła ich spojrzeniem, przechodząc obojętnie obok, natomiast towarzyszący jej chłopak popatrzył na Emmę z wrogością i także minął ją bez słowa. Dziewczyna była drobna i gdy przechodziła obok, rzuciła Emmie przepraszające spojrzenie, po czym popędziła za towarzyszami. 
Mijający ich ludzie pojawiali się rzadko, ale jednak. Emma nie mogła sobie przypomnieć kiedy ostatnio widziała tak wielu ludzi jednego dnia. Najwyraźniej plotki o "bezpiecznej Strefie" były prawdziwe. W końcu gdyby nie było tu bezpiecznie, nie byłoby tu tylu ludzi. 
Ruszyli dalej, nie odzywając się do siebie i przez kilka następnych godzin Emma nie widziała już nikogo. Noc zbliżała się niebezpiecznie szybko, a oni prawie w ogóle nie zbliżyli się do Jedynki. Szli jednak uparcie i mimo iż Jim i Mary byli wykończeni, Emma nie pozwalała im się zatrzymać. Dopiero, gdy słońce schowało się za horyzont, a świat powoli skrył się w ciemności, Emma dostrzegła czerwoną flagę powiewającą z łopotem na dachu budynku oddalonego od nich o kilka przecznic. 
-Jeszcze trochę. - szepnęła i odwróciła się, by powiedzieć to Mary i Jimowi, lecz zamilkła nagle. Jim opierał się o ścianę, a jego twarz niepokojąco zbladła. Wargi mu drżały, jakby powstrzymywał płacz i Emma dostrzegła, że stoi na jednej nodze, a drugą ma ugiętą i podniesioną. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że przecież najprawdopodobniej była złamana. Nagle zdała sobie sprawę, że kazała mu iść cały dzień, bez przerwy, do tego musiał nieść jej plecak i ciągnąć za sobą Mary. Na chwilę ją zatkało, gdy zrozumiała jak bardzo musiał cierpieć przez jej upartość. Jak wielki sprawiła mu ból, wlokąc go za sobą i nie pozwalając nawet na chwilę oddechu.
Zagryzła wargi i podeszła do niego, krzywiąc się z bólu. Uklękła przed nim, a on natychmiast się wyprostował i stanął na chorą nogę. Emma widziała w jego oczach cierpienie i poczuła do siebie jeszcze większą odrazę. Mary stała obok brata, trzymając go za rękę i rozglądając się dookoła z lekkim strachem. Najwyraźniej nic jej nie dolegało, mimo tego wykańczającego marszu.
Emma wróciła wzrokiem do Jima, który usilnie wbijał spojrzenie w ziemię. Zauważyła, że jego noga lekko drży, jakby nie wytrzymywała ciężaru chłopaka. Spojrzała na jego zmarnowaną twarz i zastanowiła się, jak mogła nie zauważyć pogorszenia jego stanu.
Rozejrzała się w poszukiwaniu jakiegoś schronienia i dostrzegła opuszczoną księgarnie po przeciwnej stronie ulicy. Dziura ziejąca z rozbitego okna nie wyglądała zachęcająco, ale Emma nie miała wyboru. Znów przeniosła spojrzenie na Jima.
-Jim? Dasz radę przejść jeszcze kawałek? - zapytała, a on pokiwał głową, pociągając nosem. Wiedziała, że próbował być silny, ale ból był zbyt wielki. Wzięła drżący oddech i podniosła się. - Mary? Chodź, teraz pójdziesz ze mną, dobrze?
Dziewczynka drgnęła i spojrzała na Emmę. Kiwnęła głową i puściła Jima, chwytając za wyciągniętą rękę Emmy, a chłopak odetchnął i odbił się od ściany, lecz gdy tylko stanął na chorą nogę skrzywił się niesamowicie, po czym upadł. Emma doskoczyła do niego wystraszona, ale on pokręcił gwałtownie głową, zaciskając pięści na zimnej ziemi, przy okazji raniąc sobie palce.
-Nic mi nie jest. - powiedział drżącym głosem, a pierwsze łzy spłynęły po jego twarzy. Emma nie wiedziała co robić. Wiedziała, że to jej wina. Wiedziała, że powinna dać im odpocząć. Zatroszczyć się o nich lepiej.
Spojrzała na Mary, która z przestrachem patrzyła na brata i sama wyglądała, jakby miała się rozpłakać.
-Mary, dasz radę iść sama? Muszę pomóc Jimowi, a nie dam rady równocześnie trzymać cię za rękę i iść z nim. - dziewczynka spojrzała na nią, a potem na brata i kiwnęła głową. Puściła rękę Emmy, ale nie odsunęła się. Wręcz przeciwnie, przysunęła się bliżej, zaciskając małe rączki na bluzce Emmy.
Dziewczyna westchnęła, wiedząc, że na więcej nie może liczyć.
-No dobrze, tak też jest w porządku. - wstała i odwróciła się do Jima plecami. - Wstawaj i wskakuj.
Chłopak podniósł wzrok i spojrzał na nią przez łzy. Otarł twarz i rzucił jej nic nie rozumiejące spojrzenie.
-Chodź na barana. - rzuciła, a on popatrzył na nią jak na wariatkę. Z irytacją stwierdziła, że najwyraźniej nie jest tak źle jak myślała, spoko ciągle może tak na nią patrzeć.
-Nie ma mowy. Dam radę sam. - odparł buntowniczo i wstał, ale ledwo stanął na chorą  nogę, znów się przewrócił. Emma rozejrzała się z irytacją, zdając sobie sprawę, że robi się coraz ciemniej.
-Właśnie widzę jak świetnie ci idzie. A teraz wskakuj. - popędziła go, ale on tylko zacisnął zęby i znów spróbował wstać, lecz efekt był ten sam.
-Jim, nie denerwuj mnie! Jest ciemno, robi się coraz zimniej, a ty będziesz mi tu cyrki odstawiał. To tylko kawałek, więc nic się nie stanie, jeśli choć na krótką chwilę porzucisz swoje męstwo. - warknęła, coraz bardziej zirytowana. Jim prychnął tylko, odwracając od niej wzrok.
-Jim! Chyba mówię, że...
-Zamknij się! Dam radę sam, więc skup się lepiej na swojej ranie! - krzyknął, a Emma drgnęła. Nawet w takiej chwili bardziej troszczył się o nią niż o siebie. Zacisnęła dłonie w pięści, czując ból, nie spowodowany raną na brzuchu. Dlaczego? Dlaczego choć kazała mu iść tak długo, bez przerwy, on ciągle się o nią martwił? Dlaczego nie martwił się o siebie? Ona myślała tylko o sobie i o tym, by jak najszybciej dostać się do Jedynki.
Jim jęknął cicho, przyciskając rękę do chorej nogi. Emma schyliła się i nim zdążył zareagować, chwyciła go za rękę i pociągnęła do góry. Zarzuciła sobie jego rękę na ramię, krzywiąc się, gdy ból przeszył jej ciało. Jim krzyknął cicho zaskoczony, a później zaczął się wyrywać, ale zamarł, gdy jęknęła z bólu.
-Puść mnie. Dam rade sam. - syknął, gdy podjęła marsz, a on był zmuszony iść z nią, skacząc na jednej nodze. Opierał się na niej całym ciężarem ciała, choć zapewne nieświadomie. Strasznie bolało, ale zacisnęła zęby i nic nie mówiła.
Jim przyjrzał się jej twarzy, marszcząc brwi.
-Przecież widzę, że cię boli. - rzucił zły. Najprawdopodobniej był zły na siebie, nie na nią, ale nie wiedział jak jej pomóc. Gdyby zaczął się wyrywać, sprawiłby jej ból, ale gdy będzie się na niej dalej podpierał, też sprawi jej ból.
-Nie boli. - skłamała, czując się okropnie. Jim prychnął.
-Jasne. - warknął. Emma nie miała siły się kłócić. Skupiła się tylko na tym, żeby dotrzeć do księgarni. Nie słyszała żadnych niepokojących dźwięków z wewnątrz, ale i tak nie była pewna, czy jest tam bezpiecznie. Mary, trzymała się jej kurczowo, rozglądając się na boki. Teraz było już zupełnie ciemno i Emma nic nie widziała, tylko ciemne kształty budynków.
Dotarli do księgarni, więc Emma puściła Jima, a on oparł się o ścianę, wykończony. Emma wyglądała pewnie tak samo, ale wiedziała, że teraz  nie może sobie pozwolić na odpoczynek. Jeszcze trochę musiała wytrzymać. Odetchnęła głęboko, próbując zagłuszyć huczenie w głowie i skupić się na wychwytywaniu jakichś dźwięków z księgarni.
Stali tak pod budynkiem kilka minut, a gdy Emmie nie udało się niczego usłyszeć, zajrzała do wybitej szyby w oknie, lecz ciemność była zbyt duża, by cokolwiek dostrzec. Widziała tylko ciemniejsze kształty regałów i jakichś pudeł, ale nic poza tym.
Pewnie gdyby nie byłaby tak zmęczona, nie zaryzykowałaby. W tej chwili jednak nie myślała jasno i podeszła do szklanych drzwi. Były zamknięte od środka, więc podniosła kamień i wybyła szybę, by następnie sięgnąć do środka i przekręcić zamek. Nawet nie pofatygowała się, by sprawdzić czy hałas nie przyciągnął Pożeraczy, po prostu weszła do środka, a dzieci ruszyły za nią, jeszcze bardziej wykończone niż ona.
Rozejrzała się, ale chyba sprzyjało im szczęście, bo w środku nikogo nie było. Zamknęła drzwi i przesunęła regał, by utrudnił wejście do środka, po czym opadła na ziemię wyczerpana. Jim zdążył już ułożyć się w kącie i teraz oddychał miarowo, pogrążony w głębokim śnie. Mary skuliła się obok niego, ale w ciemności Emma widziała jej szeroko otwarte oczy. Dziewczynka wbijała wzrok tępo przed siebie, co zaniepokoiło Emmę. Dziewczyna zmusiła się do wstania i podeszła do małej.
-Mary? Coś się stało? - zapytała, a dziewczynka przeniosła na nią swój wzrok. Drgnęła, jakby wyrwana ze snu i zamrugała kilkakrotnie. - Nie musisz się niczego obawiać. Niedługo będziecie bezpieczni.
Emma pogłaskała ją po włosach, a mała patrzyła na nią jeszcze przez chwilę, po czym ziewnęła i przysunęła się bliżej brata. Emma siedziała przy niej, aż nie zasnęła, po czym wstała i przeniosła się bliżej dziury w oknie, żeby w razie zaatakowania przez Pożeraczy mogła szybko zareagować.
Była wykończona i ciągle myślała o tym, jak mogła tak wykorzystać Jima i Mary. Powinna bardziej się o nich troszczyć. Nie mogła dopuścić, by spotkało ich to samo co Rose. Skuliła się, czując znajomy ból w klatce piersiowej.
Rose pozostawiła po sobie ogromną dziurę w jej sercu. Ta dziura krwawiła ilekroć Emma pomyślała o siostrze. To była pamiątka po Rose. Jej wieczne przypomnienie tego, że nie zdołała ochronić tak ważnej dla siebie osoby.
Odetchnęła głęboko, zamykając oczy. Uspokój się. Uspokój. Mimo tych poleceń, serce waliło jej jak młotem. Im silniej starała się zapomnieć, tym bardziej dziura w jej sercu krwawiła, przysparzając jej ogromnego cierpienia. Zacisnęła dłoń na koszulce na wysokości serca, jakby chciała siłą zamknąć tę dziurę, ale na darmo. Ból sprawiał, że chciała płakać.
Jak mogłam pozwolić Rose zginąć? Jak mogłam być tak słaba? Dlaczego mimo iż to się stało, ja nie posunęłam się na przód? Dlaczego nie potrafię stać się silniejsza? Te pytania zadręczały ją codziennie, jak mantra wyryta w jej pamięci. Jak formułka, którą ciągle musiała powtarzać.
Zacisnęła drżące wargi, czując gorące łzy spływające jej po policzkach. Zaszlochała cicho, kuląc się i mocniej zaciskając dłoń na koszulce.
Dlaczego to tak bolało?


* * *


Następnego ranka, gdy Jim i Mary się obudzili, Emma była już dawno na nogach. Mało spała tej nocy, a gdy już udało jej się zapaść w sen, miała koszmary i od razu się budziła. Dała dzieciom ostatnie dwie kanapki, a Jim spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi. Wyglądał dużo lepiej niż wczoraj. Najwyraźniej sen dobrze mu zrobił, bo jego skóra nabrała zwykłego, zdrowego koloru, a gdy stawał na chorą nogę, tylko lekko się krzywił.
-Ty nie jesz? - zapytał, a Emma uśmiechnęła się blado i pokręciła głową.
-Już jadłam. - skłamała. Nie tknęła nic od wczoraj, bowiem przez koszmary i myśli o Rose, całkowicie opuścił ją apetyt. Jim zmarszczył brwi jeszcze bardziej, przypominając sobie wczorajszą noc. Obudził się i widział, jak płakała. Był to rozdzierający szloch i mimo iż próbowała płakać cicho, dla Jima brzmiało to jak niesamowicie głośne błaganie o pomoc.
Emma odwróciła od niego wzrok i podeszła do dziury w oknie. Wyjrzała na zewnątrz i po lewej, kilka budynków dalej dostrzegła przemykających ludzi w kurtkach z opaskami. Zdziwiła się, bowiem był wczesny ranek, ale już po chwili stwierdziła, że może tutaj to nic dziwnego.
Odwróciła się z powrotem w stronę dzieci i zobaczyła, że Mary zdążyła już zjeść całą kanapkę, napchawszy sobie nią policzki, przez co wyglądała jak chomik. Emma uśmiechnęła się do niej, ale gdy przeniosła wzrok na Jima mina jej zrzedła. Chłopak siedział po turecku, trzymając nietkniętą kanapkę w rękach i wbijając w Emmę buntowniczy wzrok.
-O co chodzi, bachorze? Jesteś na diecie? - spytała zaczepnie, chociaż wiedziała po spojrzeniu chłopaka, że mu wcale nie jest do śmiechu. Patrzył na nią niesamowicie poważnym, jak na dzieciaka spojrzeniem, więc uniosła brwi i także wbiła w niego wzrok. Mierzyli się spojrzeniami, a Mary przyglądała się im z zaciekawieniem, przeżuwając kanapkę. W końcu Emma nie wytrzymała, podeszła do Jima i klasnęła mu przed twarzą, zmuszając do mrugnięcia. Chłopak drgnął zaskoczony, po czym rzucił jej mordercze spojrzenie.
-Co to miało być, starucho? - zapytał z oburzeniem, a Emma uśmiechnęła się z satysfakcją. Po chwili jednak poczuła zażenowanie. Ile ty masz lat, Emma? pomyślała w duchu, ganiąc samą siebie za tą dziecinadę.
-Wygrałam. A teraz jedz. - rzuciła, ruszając w stronę plecaka. Uklękła z trudem i zaczęła grzebać w poszukiwaniu apteczki. Gdy w końcu ją znalazła i otworzyła, jęknęła w duchu. Prawie wszystko im się skończyło, zostało tylko kilka tabletek przeciwbólowych, bandaż i nożyczki. Przejechała dłonią po twarzy, myśląc co robić. Potrzebowała nowego opatrunku, ale wtedy nie mieliby już żadnego bandaża na awaryjne sytuacje. Opatrunek Jima był w porządku, powinien wytrzymać jeszcze dwa dni, ale u niej nie było tak kolorowo. Westchnęła, przeczesując ręką skołtunione, czarne włosy. Puki co wzięła dwie tabletki do ust i rozgryzła. Poczuła okropny, gorzki smak, ale wiedziała, że teraz szybciej zadziałają.
Wstała i znów westchnęła, gdy zobaczyła Jima, stojącego obok niej, ciągle trzymającego kanapkę.
-Jim, ile razy mam się powtarzać? Jedz. Zaraz wyruszamy. - pokręcił głową i wyciągnął w jej stronę kanapkę. Przewróciła oczami.
-Ależ szlachetnie. Jest mi bardzo miło, ale muszę odmówić. Jadłam wcześniej, więc podziękuję. - skłamała znowu, podnosząc plecak i kierując się do drzwi. Jim nie ruszył się z miejsca, wpatrując się w nią stanowczo. Emma odwróciła się przy drzwiach i spojrzała na Mary.
-Chodź, musimy iść. - powiedziała, wyciągając do niej rękę. Dziewczynka posłusznie wstała i podeszła do niej, a wtedy Emma przeniosła spojrzenie na Jima. Chłopak prychnął tylko i skrzyżował ręce na piersi.
-Nigdzie nie idę. - rzucił, a Emma poczuła, jak żyła na jej czole zaczyna pulsować.
-Nie wygłupiaj się, konusie, i chodź tu. - warknęła. Pokręcił głową, opierając się o ścianę. Emma spojrzała na niego z niedowierzaniem. - Jim, nie denerwuj mnie.
-To ty mnie denerwujesz. Bo nikogo nie słuchasz. - rzucił, a ona po raz kolejny miała ochotę go uderzyć. Chciała na niego nawrzeszczeć, ale powstrzymała się ze względu na Mary.
-Jim, zaraz cię tu zostawię. - warknęła, a on tylko wzruszył ramionami, przenosząc znudzony wzrok na komodę ogołoconą z książek. Emma patrzyła na niego przez chwilę, po czym otworzyła drzwi i wyszła, ciągnąc Mary za sobą. Dziewczynka ruszyła za nią zdezorientowana.
-Nie martw się, Mary. Zaraz do nas dobiegnie. Głupi, uparty idiota. - syknęła, gdy oddaliły się na kilka kroków od księgarni. Mary kiwnęła powoli głową, oglądając się za siebie.
Emma nie mogła uwierzyć w tego bachora. Co on sobie myśli? Zachowuje się jak kompletny kretyn, tylko z powodu jakiejś kanapki. Miała ochotę wrzeszczeć na całe gardło. Co za idiota!
Gdy były już jakieś piętnaście metrów od księgarni, stanęła i popatrzyła na drzwi do lokalu, z którego przed chwilą wyszły. Zobaczymy, jak długo będzie tam siedział, pomyślała, tupiąc ze złością nogą. Mary patrzyła na nią zaniepokojona, a z każdą kolejną minutą, Emma z coraz większym trudem powstrzymywała się od rozwalenia czegoś na głowie tego głupiego chłopaka.
Gdy minęło chyba dziesięć minut, Emma nie wytrzymała i ruszyła z powrotem, ciągnąc Mary za sobą. Otworzyła z rozmachem drzwi i spojrzała na Jima, który stał w tym samym miejscu, w którym go zostawiły.
-Chodź tu, Jim. Natychmiast. - powiedziała Emma, starając się trzymać nerwy na wodzy. Byli już tak blisko. Wieczorem powinni być przy wejściu do bezpiecznej części Jedynki. Patrzyła na Jima, który jak zawsze musiał sprawiać same problemy. Dlaczego ten durny chłopak musiał tak bardzo przeszkadzać?
-Nie ruszam się stąd, puki nie zjesz tej głupiej kanapki. - odparł, a ona spojrzała na niego z niedowierzaniem. Rzucił jej pełne wyzwania spojrzenie, a ona nie wytrzymała.
-Ugh! No nie wierzę! Nie wierzę! Jesteś takim głupim, upartym, idiotycznym bachorem! - syknęła, łapiąc się za głowę. Jim prychnął.
-To ty jesteś głupia. Kłamiesz co do jedzenia, a potem wleczesz nas bez celu, ledwie trzymając się na nogach. - rzucił, a ona załamała ręce.
-To tylko durna kanapka! - krzyknęła w bezsilności.
-Więc po prostu ją zjedz! - warknął, a ona kopnęła w stojący obok karton. Przeleciał przez zagracone pomieszczenie i wylądował na przewróconej komodzie. Ruszyła wściekła w stronę Jima, a on się nie odsunął. Stał twardo w miejscu, wpatrując się w nią uparcie.
-Nigdy nie spotkałam tak upartego dziec... - przerwała, gdy Jim nagle włożył jej kanapkę do buzi. Spojrzała na niego zszokowana, ale on tylko oderwał kawałek i sam zjadł, a następnie podszedł do Mary i wziął ją za rękę.
-Możemy ruszać. - zarządził, a Emma stała oniemiała w miejscu, mimowolnie przeżuwając kanapkę. Chłopak spojrzał na nią przez ramię twardym wzrokiem, a ona przypomniała sobie, że jak była mała, też patrzyła tak na Jacka, kiedy nie chciał nauczyć jej o Pożeraczach. Był to wzrok nieznoszący sprzeciwu, który zawsze sprawiał, że Jack wzdychał i w końcu, wiedząc, że jej nie przekona, zgadzał się na jej warunki.
Przełknęła resztki kanapki i podeszła do dzieci. Poprawiła plecak i wyjrzała na zewnątrz, a gdy upewniła się, że ich kłótnia nie przyciągnęła Pożeraczy, kiwnęła na dzieci, a Jim pociągnął Mary i wymijając Emmę, ruszył przodem.
Patrzyła za nim z niedowierzaniem. Jak mogłam przygarnąć takiego dzikusa? Więcej z nim problemów, niż pożytku, pomyślała wkurzona. Jim, jakby słysząc jej myśli, spojrzał na nią przez ramię i pokazał bezceremonialnie język.
-Mały gówniarz. - mruknęła, zastanawiając się, dlaczego patrząc na jego wkurzającą twarz czuje tak przyjemne i znajome ciepło.


* * *


Gdy słońce powoli chyliło się ku zachodowi, Emma rozglądała się dookoła, czując lekki niepokój. Szli cały dzień, bez przerwy i była niemal pewna, że za niedługo dojdą do chronionego przejścia prowadzącego do najbezpieczniejszego miejsca we wszystkich Strefach.
Jack opowiadał jej wiele razy o tym miejscu. Według niego, poza jego własnym sklepem oczywiście, to miejsce było najbezpieczniejszym schronieniem na tym ogarniętym szaleństwem świecie. Podobno było to najlepiej strzeżone miejsce, w którym nie było żadnych Pożeraczy. Ludzie codziennie przybywali do Jedynki, by się tam dostać i znaleźć schronienie. Emma też na to liczyła.
Z tego co słyszała, jest to gdzieś w samym środku Jedynki. Nie miała pojęcia czego powinni się spodziewać. Jack mówił jej, że zawsze przy wejściu kręcą się ludzie i jakaś ochrona, więc teraz rozglądała się dookoła, ale nie dostrzegała nikogo.
Mary jęczała co chwilę, że nie ma już siły, ale Emma starała się ją ignorować. Musieli dzisiaj dotrzeć do bezpiecznej części, nie mieli innego wyjścia. Nie martwiła się o wejście, bowiem każdy był wpuszczany do środka. Głównodowodzący chcieli ocalić jak najwięcej ludzi, więc wpuszczali każdego.
-Emma. - dziewczyna drgnęła i spojrzała na Jima, który pokazywał coś palcem. Podążyła wzrokiem we wskazanym kierunku i dostrzegła ludzi znikających za rogiem. Było ich czterech, dwóch dorosłych i dwójka dzieci. Mieli plecaki i poruszali się pochyleni, rozglądając się dookoła.
Emma ruszyła ich śladem, a dzieci za nią. Weszli w uliczkę, w której zniknęła rodzina i Emma zobaczyła na jej końcu lekki blask. Zmarszczyła brwi, ale nie zatrzymała się. Gdy dotarli do wylotu uliczki, Emma zamarła. Słońce prawie całkowicie zniknęło za horyzontem, więc wokoło panował już półmrok. Dokładnie przed nimi znajdował się ogromny plac. Emma nie zdziwiła się jednak, że go nie dostrzegli, bowiem nie prowadziła do niego żadna główna ulica, taka jaką się poruszali przed chwilą, więc pewnie nigdy by tu nie dotarli. Tylko pełno bocznych uliczek. Plac był otoczony wysokimi budynkami, więc nikły blask stworzony przez kilka latarni był niewidoczny z daleka. Mieli prąd, stwierdziła zaskoczona Emma.
Jednak nie dlatego stanęła jak zamurowana. Stanęła dlatego, że na placu było pełno ludzi. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, byli ludzie. Emma patrzyła na nich oczarowana. Nie pamiętała, kiedy ostatnio widziała tylu ludzi w jednym miejscu. Jim i Mary także patrzyli na to zbiegowisko z otwartymi ustami, całkowicie zaskoczeni.
-Co tu się dzieje? - szepnęła Emma, przebiegając wzrokiem po zebranych. Ludzie także patrzyli na nich przelotnie, ale nikt się nimi nie zainteresował. Gdzieś z przodu Emma słyszała odgłosy kłótni, ale poza tym, w około ludzie byli raczej cicho. Mówili szeptem, ale Emma zauważyła na twarzach niektórych zaniepokojenie.
Chwyciła dzieci za ręce i zaczęła się przepychać przez tłum w stronę środka tego całego zamieszania. Mary przylgnęła do niej wystraszona, a Jim rozglądał się ze zmarszczonymi brwiami wokoło, jakby coś go trapiło. Emma jednak skupiła się na scenie rozgrywającej się przed nią.
Dotarli prawie do środka placu, gdzie stała ściśnięta spora grupa ludzi, którzy napierali na coś w samym środku zbiegowiska. Emma wyciągnęła szyję, ale tłum zasłaniał jej widok. Rozejrzała się i dostrzegła ławkę, więc stanęła na niej i znów spojrzała w stronę zamierzania. Zobaczyła zejście do metra, którego strzegło około dwudziestu ludzi. Żołnierze, pomyślała Emma z zaskoczeniem. Mężczyźni trzymali na odległość karabinów ludzi, który krzyczeli na nich, aby ich wpuścić. Emma zdezorientowana wpatrywała się w zamieszanie. Zejście do metra na pewno było tym sławnym przejściem do bezpiecznej strefy. Tylko dlaczego strażnicy nie wpuszczali ludzi do środka?
-Cisza! Cofnąć się! Nie ma przejścia! - krzyczeli wojskowi, a ludzie odkrzykiwali im przekleństwami. - Nie mamy już miejsc! Prosimy udać się do domów, zabarykadować i czekać na pomoc!
Emma słuchała tego z niedowierzaniem. Nie ma przejścia. Spojrzała na Jima, który także przysłuchiwał się toczącej się przed nimi szarpaninie. Chłopak zbladł, a Emma zrozumiała co to wszystko dla nich oznacza.
Są ranni. Nie mają jedzenia i schronienia, a do bezpiecznej strefy nie można się dostać.
Mary szlochała cicho, tuląc się do Emmy, a Jim ściskał mocno jej dłoń. Emma poczuła się tak, jakby ktoś wbił jej nóż w plecy. To koniec, pomyślała przerażona.
I wtedy zdała sobie sprawę z kolejnej rzeczy.
Rozejrzała się i ze strachem stwierdziła, że ludzie naokoło niej, już nie tylko ci blisko szamotaniny z wojskowymi, ale też gromadzący się dalej, wszyscy krzyczą. Wszyscy domagają się wejścia do bezpiecznej strefy.
Głośno.
O wiele za głośno.
Czuła, że krew w niej zamiera, gdy zdała sobie nagle sprawę, że są uwiezieni. Rozejrzała się przeczesując wzrokiem zebranych i otaczających ich budynkach. Żadnej drogi ucieczki. Są w pułapce, a ich krzyki są jak ogromny neon, który wskazuje Pożeraczom ich aktualną pozycję.
Jak przez mgłę słyszała, żołnierzy nakazujących wszystkim ciszę i spokój.
Było za późno.
Jakby na zawołanie, gdzieś w oddali rozległ się przerażający ryk.
Wszyscy zebrani na placu zamarli, jak na sygnał, a Emma poczuła zimny pot na plecach. Mary wytrzeszczyła oczy, wszczepiając się boleśnie w rękę Emmy, podczas gdy Jim naprężył się, wbijając paznokcie w jej dłoń.
Rozległ się kolejny ryk, tym razem głośniejszy niż poprzedni.
To koniec, pomyślała Emma i w tym momencie ludzie zgromadzeni wokół niej zaczęli krzyczeć. 

sobota, 19 września 2015

Rozdział V

Emma drgnęła, wyrwana ze snu. Rozejrzała się pośpiesznie i odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła prowizoryczną barykadę przed drzwiami do starej sali konferencyjnej którą zrobiła wczoraj razem z Jimem. Przeciągnęła się i rzuciła okiem na miejsce, gdzie wczoraj zasnęły dzieci. Mary leżała zwinięta w kącie, ze złożonymi rękami pod policzkiem. A Jim...
Emma poderwała się z miejsca, widząc puste miejsce obok Mary. Rozejrzała się jeszcze raz i ze zgrozą stwierdziła, że w barykadzie jest mała przerwa, w której Jim zmieściłby się z łatwością. Rzuciła się do drzwi, przecisnęła się z trudem przez szparę i wypadła na korytarz, rozglądając się gorączkowo.
-Jim? Jim, gdzie jesteś?! - zawołała, a jej głos odbił się echem od ścian i powrócił, brzmiąc niezwykle żałośnie. - Jim!
Pobiegła korytarzem, zaglądając do każdej sali jaką mijała, czując w piersi coraz większy strach. Nie. Proszę, tylko nie znów to samo. Nie. Dyszała ciężko, zaglądając do kolejnej sali, a serce biło jej jak oszalałe. Podbiegła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Słońce wychylało się zza horyzontu, a niebo przybrało szarawą barwę poranka. Ulice pod nią były jednak puste, więc odwróciła się i znów wybiegła na korytarz.
Musiał gdzieś tu być. Nie mógł przecież od tak sobie wyjść. Wiedział chyba, że to niebezpieczne, prawda? Zresztą nie zostawiłby Mary samej. Nie było takiej opcji. Oparła się o ścianę, próbując złapać oddech. W głowie jej huczało i powoli w jej ciało wstępował ból. Przypomniała sobie wczorajsze skutki, które poczuła po przesuwaniu mebli.
Zacisnęła zęby, czując łzy napływające do oczu. Boże, ale jestem żałosna, pomyślała. Najpierw Rose. Teraz Jim. Traciła każdego po kolei, bo nie była wystarczająco silna, by chronić bliskich jej ludzi. Osunęła się na ziemię, czując panikę zakradającą się do jej serca. Co ona powie Mary?
-Jim, proszę. - szepnęła, przyciskając dłonie do piersi.
Zamknęła oczy i zacisnęła drżące wargi, by się nie rozpłakać. Jak mogła popełnić ten sam błąd drugi raz? Czy śmierć Rose niczego jej nie nauczyła? Drgnęła na wspomnienie siostry, a ból rozerwał jej serce. Zabiła Rose, jej nieodpowiedzialność ją zabiła, a teraz Jim zniknął, także przez nią. Skuliła się mimowolnie.
Jestem taka słaba, pomyślała.
-Proszę.. Nie chce przechodzić przez to znowu. - szepnęła, zaciskając mocniej powieki.
-Emma? - usłyszała nad sobą zaniepokojony głos.
Podniosła gwałtownie głowę i zobaczyła Jima, który stał nad nią ze zmartwioną miną, jakby nie był pewny dlaczego Emma siedzi na korytarzu, skulona pod ścianą i płacze, mamrocząc coś pod nosem.
Emma rzuciła się na niego, a on wrzasnął przestraszony, ale umilkł gwałtownie, gdy przytuliła się do niego, wciąż klęcząc na podłodze. Łzy ulgi ciekły jej po policzkach, gdy wtulała twarz w jego chudą pierś.
-Jim.. Dzięki Bogu.. - wymamrotała, a on zamarł, niepewny co zrobić, po czym niezgrabnie poklepał ją po plecach.
-Już.. już dobrze. Wszystko będzie dobrze. Eee.. coś się stało? - zapytał niepewnie, a ona nagle świadoma tego co robi, cofnęła się gwałtownie. Jim drgnął, wystraszony i niepewny, a ona stwierdziła, że pewnie wygląda jeszcze gorzej niż on, cała zapłakana i spocona. Jednak zażenowanie zamieniło się w gniew, więc wstała i pochyliła się nad chłopcem, który pośpiesznie odwrócił wzrok.
-Jim.. - zaczęła, czując jak głos drży jej od bezsilnej złości. - Gdzieś ty był?
-Nie mogłem zasnąć, więc poszedłem się rozejrzeć. - odparł po chwili, krzyżując ręce na piersi w obronnym geście. Emma czuła, jak złość gromadzi się w jej ciele, gotowa w każdej chwili wybuchnąć. Wściekła otarła łzy z policzków i wbiła wzrok w chłopca. Mimo iż miała ochotę zrzucić go z dachu jakiegoś budynku, w głębi duszy dziękowała bogom za to, że nic mu się nie stało.
-Powiedz mi, jesteś głupi? - zapytała, siląc się na spokój. Jim drgnął, patrząc na nią z niedowierzaniem.
-O co ci chodzi? Chcesz się bić? - warknął, a ona poczuła, że zaraz naprawdę mu przywali.
-Coś ty sobie myślał, wychodząc tak sobie, podczas gdy wszędzie naokoło są Pożeracze, co?! Jim, mogłeś zginąć, przez tą swoją beztroskę! - powiedziała, a on spojrzał na nią z niedowierzaniem.
-To ty biegałaś po korytarzu, wrzeszcząc! Pewnie usłyszeli cię we wszystkich Strefach! - warknął, nagle zwalając winę na nią, a ona poczuła jeszcze większą złość, również biorącą się z tego, że miał rację.
-Och wybacz, że martwiłam się o to, czy nie zostałeś przypadkiem pożarty. Naprawdę nie chciałam. - rzuciła z ironią, kipiąc ze złości.
-Nie musisz się o mnie martwić! Umiem o siebie zadbać, wiesz? - syknął, równie wkurzony jak ona.
-Boże, jakiś ty głupi. - powiedziała, łapiąc się za głowę.
Już miał coś powiedzieć, gdy oboje usłyszeli cichy głos:
-Jim? Emma? - odwrócili się i zobaczyli Mary, która stała kilka kroków od nich, przecierając zaspane oczy. Emma rzuciła Jimowi ostatnie wrogie spojrzenie, po czym podeszła do Mary i uklękła, patrząc na nią z lekkim uśmiechem.
-Coś się stało Mary? Dlaczego nie śpisz? - zapytała, podczas gdy Jim stanął obok niej z obrażoną miną. Jednak gdy spojrzał na siostrę, złość wyparowała i na jego twarzy pojawił się niepokój.
-Ktoś krzyczał. - powiedziała, ciągle zaspana. Jim spojrzał na Emmę ukradkiem, a w jego spojrzeniu czaiła się satysfakcja, jakby tym udowodnił, że wcześniej miał rację i to była jej wina. Naszła ją ochota, by zrzucić go z pobliskich schodów, ale szybko się otrząsnęła.
-Jim i ja trochę się posprzeczaliśmy. Wybacz, nie chcieliśmy cię obudzić. - wyjaśniła małej, ale ona pokręciła głową i wskazała za siebie, w stronę sali konferencyjnej.
-Nie. Na dole ktoś krzyczał. - powiedziała, a Emma spojrzała na nią niepewnie, po czym wstała, wzięła ją za rękę i ruszyła w stronę wskazaną przez małą. Jim potruchtał za nimi, krzywiąc się, gdy stawał na chorą nogę.
Dotarli do sali, przecisnęli się przez szczelinę, po czym Emma puściła Mary i podeszła do okna. Spojrzała na ulicę i zamarła. Zobaczyła trzy Pożeracze. Dwa pochylały się nad czyimś ciałem, a jeden szedł w stronę mężczyzny, który trzymał broń i mierzył w idącego w jego stronę potwora, ale Emma nawet stąd widziała, jak trzęsą mu się ręce.
Już miała się odwrócić, by nie oglądać śmierci mężczyzny, gdy wtem zobaczyła za nim jakąś małą postać. Otworzyła szeroko oczy, wpatrzona w małą dziewczynkę, która trzymała się kurczowo spodni mężczyzny, zapewne swojego taty. Pożeracz był coraz bliżej nich, ale chyba był zraniony w nogę, bo nie przyspieszał, jak to potwory miały w zwyczaju, gdy widziały swoją ofiarę.
Emma zacisnęła zęby, odwróciła się i dopiero wtedy zobaczyła Jima, który także patrzył na to co działo się na dole. Zbladł i trzęsły mu się ręce, a jego oczy były szeroko otwarte. Emma chwyciła go za ramię, chcąc odciągnąć, ale on się wyrwał i spojrzał na nią tak przerażonym wzrokiem, że aż się wzdrygnęła.
-Jim.. - zaczęła, ale on jej przerwał.
-Musimy im pomóc. - powiedział, a ona spojrzała na niego jak na wariata.
-Jim, tam są trzy Pożeracze. Nie możemy tam iść. - zaprotestowała, ale on pokręcił głową.
-To mój wujek. - rzucił drżącym głosem, a ona zamarła. Pokręciła powoli głową, prosząc w duszy, by zamilknął. Nie mogła tego słuchać. - I Clary. - dodał, a imię dziewczynki wymówił tonem, który nie pozostawiał wątpliwości, że jest dla niego bardzo ważna.
Emma przełknęła ślinę, ciągle przeciwna.
-Nie ma mowy, Jim.. - szepnęła, czując się okropnie. Chłopak prawie płakał, a z ulicy pod nimi rozległ się rozrywający krzyk dziewczynki. Jednak ona nie mogła pozwolić, by Jim i Mary znaleźli się w niebezpieczeństwie.
-To moja druga rodzina! Moja i Mary! Oni tam umierają, a my możemy im pomóc! - krzyczał, a w jego głosie słyszałam taką desperację, że skuliłam się w sobie. - Emma, proszę.. Oni są dla nas bardzo ważni. Wujek będzie mógł nam pomóc. Da nam jedzenie i jakieś ubrania. Zawsze nam coś przynosił, gdy przychodził nas odwiedzić. Nie możemy go tak zostawić.. Co byś zrobiła, gdyby to była twoja rodzina?
Emma zamarła, czując, jak krew odpływa jej z twarzy. Jim patrzył na nią z taką nadzieją.. a ona nie mogła mu pomóc. Pokręciła głową.
-Wybacz, Jim. Nie mogę wystawić was na niebezpieczeństwo. - powiedziała, a do jego oczu wkradła się złość.
-Ciągle nas narażasz! Mogłaś nie brać nas z tamtego domu! Bylibyśmy bezpieczniejsi niż z tobą, ale jednak ty wiedziałaś lepiej! - krzyknął, a jego słowa wbijały się w jej serce jak igły.
-Chciałam was chronić. - szepnęła, nie wiedząc skąd u niej taka niepewność. Jim walnął pięścią w ścianę i spojrzał na nią z wrogością której nie spodziewałaby się u żadnego dziecka.
-Nas chciałaś chronić, ale ich już nie? Jak możesz decydować o tym kto ma żyć, a kto umrzeć? Jeśli masz siłę i odwagę, powinnaś wszystkim pomagać, nie tylko wybranym! - kurczyła się z każdym jego słowem i pewnie kurczyłaby się dalej, aż w końcu by znikła, gdyby nie Mary, która zaczęła płakać, ciągle stojąc przy barykadzie.
-Przestań, Jim! Jim niedobry! - krzyknęła przez łzy. Jim dyszał ciężko, patrząc na Emmę, lecz ona nie mogła podnieść wzroku. Nie mogła na niego spojrzeć. Odwróciła się od niego plecami, czując obrzydzenie do samej siebie. Jednak nie mogła się zgodzić. Nie mogła tak ryzykować. Na ulicy znów rozległ się krzyk, tym razem mężczyzny.
-Nienawidzę cię. - powiedział Jim za jej plecami, a ona tylko zacisnęła pięści, milcząc.
Odwróciła się, by go jakoś uspokoić, gdy nagle chłopak okręcił się na pięcie, przecisnął się przez szczelinę i zanim zdążyła krzyknąć, puścił się biegiem przez korytarz. Zaklęła i rzuciła się w pogoń, lecz zatrzymała się jeszcze i spojrzała na Mary, która ciągle płakała.
-Mary, musisz tu zostać. Rozumiesz mnie? Musisz schować się i na mnie poczekać. - dziewczynka pokiwała głową, po czym wpełzła do szafki biurka. Emma kiwnęła głową, jednak w głębi duszy czuła niepokój. Co jeśli Pożeracze dostaną się do budynku i ją znajdą? Zagryzła wargę, lecz przypomniała sobie o Jimie, więc tylko zacisnęła pięści i się odwróciła.
Popędziła korytarzem, zbiegła po schodach, znów korytarzem i znów po schodach. Gdy wreszcie znalazła się na parterze, zobaczyła Jima wybiegającego przez drzwi na zewnątrz. Pobiegła za nim, a słońce uderzyło ją w twarz. Rozejrzała się szybko i zobaczyła, że dwa Pożeracze podniosły głowy znad ciała młodej kobiety i teraz wbijały wzrok w Jima, który pędził przez ulicę do swojego wujka. Mężczyzna stał pod ścianą jakiejś kawiarenki, a jego córka biegła ulicą w panicznej ucieczce.
Pożeracz, który jeszcze chwilę temu szedł na mężczyznę, teraz puścił się biegiem za dziewczynką. Miał zranioną nogę, ale i tak poruszał się szybko. Mężczyzna zamarł, lecz po chwili wycelował pistolet i strzelił, ale jego ręce za bardzo drżały i pocisk minął cel o jakieś dwa metry. Dwa Pożeracze podniosły się znad ciała i teraz ruszyły na mężczyznę.
Jim krzyknął do wujka, a ten na dźwięk głosu odwrócił się. Emma drgnęła. W oczach mężczyzny zobaczyła przerażenie tak wielkie, że mężczyzna wyglądał jak obłąkany. Nie miała jednak czasu zastanawiać się nad jego stanem, bowiem Jim właśnie biegł na pewną śmierć. Emma wyciągnęła pistolet i wycelowała w pierwszego Pożeracza, podchodzącego do mężczyzny i Jima. Strzeliła, a huk rozniósł się po całej okolicy. Pożeracz padł na ziemię, lecz Emma wiedziała, że przesunął się wcześniej i kula trafiła w bok głowy i prawie na pewno go nie zabiła. Akurat, gdy o tym pomyślała, potwór zaczął się podnosić. Zaklęła i znów wycelowała, podczas gdy potwór spojrzał na nią, tymi przerażającymi oczami i ruszył w jej stronę.
Słyszała za sobą krzyki dziewczynki, ale nie mogła jej pomóc. Wymierzyła i strzeliła, lecz Pożeracz przyspieszył i z łatwością wyminął pocisk. Emma także zaczęła biec, starając się znaleźć jakieś wyjście z tej beznadziejnej sytuacji.
Odwróciła się, akurat w chwili, gdy Pożeracz wybił się i teraz skakał na nią z obnażonymi zębami. W ułamku sekundy podniosła broń i wystrzeliła. Pocisk trafił idealnie w gardło potwora. Odsunęła się, a on spadł bezwładnie na ziemię. Strzeliła w jego nieruchomą sylwetkę jeszcze raz, po czym podniosła wzrok i zamarła.
Jim był już prawie przy mężczyźnie, tak samo jak Pożeracz. Emma ruszyła w ich stronę, lecz wtedy usłyszała rozrywający krzyk dziewczynki. Spojrzała w jej stronę i poczuła, jak nadzieja na jej ratunek, znika w ciemnej otchłani. Pożeracz, który ją gonił, właśnie złapał ją za rękę i na jej oczach wgryzł się w szyję małej. Wtem mężczyzna też wrzasnął, a gdy Emma na niego spojrzała, zobaczyła, że celuje w Pożeracza, a po jego policzkach spływają łzy. Strzelił trzy razy, za każdym razem niecelnie. Pożeracz puścił dziewczynkę, a ona opadła na ziemię i tam znieruchomiała. Potwór odwrócił się i przez chwilę Emmie się wydawało, że widzi na jego twarzy uśmiech, lecz musiało jej się wydawać, bo w tej chwili Pożeracz ruszył na mężczyznę i jego twarz stała się niewyraźna przez prędkość.
Emma ruszyła biegiem do Jima, ale Pożeracze były szybsze. Mężczyzna tymczasem strzelał we wszystko, krzycząc wniebogłosy. Oszalał, pomyślała Emma, jeszcze bardziej obawiając się o Jima, który stanął i jak wryty patrzył na wujka.
Emma podniosła broń i strzeliła, trafiając jednego z potworów w ramię i tym samym wywracając go. W biegu trudno jej było wymierzyć, ale nie poddawała się i próbowała strzelić do drugiego potwora, ale na darmo.
Była już prawie przy Jimie, gdy Pożeracz skoczył, więc zatrzymała się i strzeliła. Jednak był szybszy. Jakoś udało mu się wyminąć pocisk i teraz stał między mężczyzną, a Jimem. Zamachnął się ręką i uderzył w mężczyznę, który poleciał jak szmaciana lalka, po czym z hukiem uderzył w budynek. Osunął się na ziemię, ale nie zemdlał, bo już po chwili podnosił się, a w jego oczach Emma widziała szaleństwo.
Wykorzystując sytuację, Emma strzeliła do potwora, którego wcześniej postrzeliła w ramię, zabijając go. Pożeracz, który uderzył mężczyznę odwrócił się w jej stronę, a Emma ze zgrozą stwierdziła, że z ust zwisał mu kawałek skóry dziewczynki. Stłumiła wymioty, celując do niego z pistoletu. Ruszył, ale w tej samej chwili strzeliła. Pocisk przeszedł przez jego czaszkę, a krew trysnęła na drzwi kafejki. Potwór padł na ziemię, a wokół nich nagle zrobiło się strasznie cicho.
Wtem poczuła szarpnięcie i straszny ból w brzuchu. Jak na zwolnionym filmie spojrzała w dół i zobaczyła plamę krwi, która powiększała się z każdą chwilą. Jim odwrócił się do niej, a jego oczy otworzyły się szeroko z przerażenia. Emma podniosła wzrok i jak przez mgłę zobaczyła, że wujek Jima wciąż trzyma broń uniesioną po strzale. Zachwiała się, przyciskając dłoń do rany i czując, jak świat wywraca się do góry nogami.
-Lisa.. Clary.. Moje ukochane.. - szeptał wujek Jima, patrząc na Emmę jak na potwora. Oddychała z trudem, próbując się uspokoić. Mięśnie bolały ją po walce, ale jakoś zdobyła siłę, by utrzymać się na nogach.
-Potwory... Potwory! Nie wybaczę wam! - krzyknął mężczyzna z obłędem w oczach. Wycelował w Jima, na co ten cofnął się przerażony, a Emma nie myśląc podniosła pistolet i strzeliła. Mężczyzna drgnął, po czym padł na kolana,. Dziura w jego piersi wyglądała jak ciemna otchłań. Z ust wypłynęły mu stróżki krwi. Patrzył na Emmę tymi szalonymi oczami, jakby nie wierzył w to, co zrobiła, po czym padł na ziemię i już się nie poruszył.
Jim drżał na całym ciele, ale odwrócił się i chwiejnym krokiem podszedł do Emmy. Z oczu ciekły mu łzy, a głos drżał, gdy mówił:
-Ja.. ja przepraszam.. ja nie.. - zamachnęła się i uderzyła go w twarz, a paskudny plask rozszedł się po okolicy, jak wystrzał z broni. Siła uderzenia sprawiła, że głowa chłopaka odskoczyła w bok. Jim odwrócił się powoli do Emmy, lecz nic nie powiedział. Wbił wzrok w ziemię, podczas, gdy ona patrzyła na niego, zaciskając usta. Z trudem łapała oddech, a dłoń miała całą czerwoną od uciskania rany.
-Mam nadzieję, że wiesz już dlaczego nie chciałam im pomóc. Bo to było niemożliwe. Nie każdemu można pomóc, Jim. A ty byłeś tak głupi, by dać się ponieść emocjom i o mało co nie zginąłeś. Gdybym miała tylko więcej siły, walnęłabym cię jeszcze raz. - syknęła, a on tylko odwrócił wkurzony wzrok.
Odepchnęła się od ściany i zachwiała się niebezpiecznie, lecz po chwili złapała równowagę i powoli ruszyła w stronę banku, krzywiąc się z bólu. Jim  ruszył za nią, ciągle patrząc w ziemię. Uderzenie sprawiło, że opanował się i już nie płakał. Szedł w ciszy za dziewczyną, która dyszała ciężko z wysiłku. Starała się nie myśleć o tym, co zrobiła przed chwilą.
Z wielkim trudem wspięli się na piętnaste piętro, a gdy już byli bezpieczni Emma padła na ziemię, uderzając twarzą w podłogę. Jim krzyknął i przyskoczył do niej, a Mary wyszła z ukrycia i pisnęła, widząc plamę krwi, tworzącą się pod Emmą.
-Emma.. - zaczął Jim przestraszony, a dziewczyna zauważyła, że jego policzek jest czerwony po jej wcześniejszym uderzeniu. Poczuła tak wielką nienawiść do siebie samej, że odepchnęła ręce chłopaka i odsunęła się pod ścianę.
-Zostawcie mnie. - szepnęła.
Przez chwilę wszyscy milczeli, a cisza zdawał się ich przytłaczać. Jim podszedł do Emmy niepewnie, a Mary truchtała za nim.
-Ale twoja rana..
-Zostawcie mnie w spokoju, Jim! - krzyknęła, a on cofnął się przestraszony. Wbijała w niego wzrok, lecz jak to Jim, nie mógł jej odpuścić. W jego oczach widziała urazę, ale też poczucie winy. Mierzyli się więc spojrzeniami aż chłopak zacisnął pięści i odwrócił się od niej, ciągnąc za sobą Mary. Usiedli w przeciwległym kącie, nie patrząc na nią.
Zamknęła oczy i skuliła się, przyciskając ręce do rany. Tak bardzo chciała się poddać. Miała już dość oglądania śmierci. Oddychała z trudem, czując ból, który oplatał jej ciało jak wąż. Czuła, że nie wytrzyma dłużej. To było po prostu dla niej za wiele.
Zacisnęła powieki, pragnąc, by to wszystko już się skończyło.


* * *


Skrzywiła się i z wielkim trudem powstrzymała się od krzyku. Zaciskała zęby, a jej ciałem wstrząsały drgawki. Ręce się jej trzęsły, gdy próbowała wyciągnąć kulę z rany na brzuchu. Zacisnęła powieki i wzięła urywany oddech, próbując się uspokoić.
Czuła na sobie spojrzenie Jima, który siedział razem z Mary i patrzył na nią. Mary kuliła się u jego boku, płacząc cicho. Emma zacisnęła zęby jeszcze mocniej, aż zgrzytnęły, znów próbując wyjąć ten przeklęty kawałek metalu.
Zbliżyła rękę do rany i dotknęła poszarpanej skóry, krzywiąc się. Ból przeszył jej ciało, ale ona tylko głębiej wcisnęła rękę, lecz nie mogła się skupić na szukaniu kuli, gdy ból rozrywał jej ciało. Wyciągnęła rękę z rany i uderzyła w ścianę z frustracją.
Opadła bezwładnie na ziemię, oddychając spazmatycznie. Jak mogła wpakować się w takie gówno? Przed oczami stanęła jej twarz wujka Mary i Jima, który patrzył na nią z niedowierzaniem, po tym, jak go zastrzeliła. Wzdrygnęła się. Zabiła go. Zabiła zwykłego człowieka.
Zacisnęła powieki, czując się jeszcze gorzej niż wcześniej.
-Ja się tym zajmę. - otworzyła oczy i spojrzała na Jima, który stał nad nią, lecz nie patrzył jej w oczy. Wbijał wzrok w ziemię, tak jak wcześniej, gdy go uderzyła. Ciągle miał zaczerwieniony policzek, a na jego widok Emma znienawidziła się jeszcze bardziej.
-Sama sobie poradzę. - mruknęła, odwracając od niego wzrok.
-Nie pytałem cię o zgodę. - rzucił, a ona spojrzała na niego z niedowierzaniem. Taki mały, a tak się rządził. Zawsze musiał jakoś ją zdenerwować. Nawet, gdy leżała zakrwawiona na ziemi w starym banku, z dziurą w brzuchu i z depresją, musiał ją zdenerwować.
-Ile ty w ogóle masz lat? - zapytała wkurzona.
-Jedenaście. - odparł krzyżując ręce na piersi. Prychnęła lekceważąco.
-A ja siedemnaście, więc raczej to ja tutaj mam więcej doświadczenia. - rzuciła, a on spojrzał jej w oczy, jakby znów chciał się bić na spojrzenia. Uklęknął obok niej.
-Tata był lekarzem. Wiele razy widziałem jak wyciągał kule z ran postrzałowych. - powiedział cicho, a ona tylko patrzyła na niego, milcząc. Tkwili tak w milczeniu jeszcze przez chwilę, po czym chłopak wyciągnął kawałek materiału i podał jej.
-Wgryź się w to. - poradził, a ona uniosła brwi.
-Chyba żartujesz. Nie jestem psem. - warknęła, a on rzucił jej wkurzone spojrzenie.
-To lepsze, niż odgryzienie języka. - syknął, a ona prychnęła, ale wzięła materiał. - Będzie bolało.
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo Jim po prostu włożył palce do rany, a ona otworzyła szeroko oczy i krzyknęła, lecz chłopak wyrwał jej materiał z dłoni i wcisnął do ust. Zacisnęła na nim zęby, czując łzy napływające do oczu. Ból zalewał ją falami, podczas gdy Jim pochylał się nad nią i grzebał w dziurze po kuli.
Cholera, cholera, cholera, cholera jasna! Tylko tyle przychodziło jej na myśl w tej chwili. Po twarzy Jima spłynęła strużka potu, gdy próbował znaleźć kulę, a ona wyginała się, zaciskając zęby z całej siły na materiale. Nie pomagała mu, ale ciało działało wbrew jej woli. Powoli czuła, jak traci świadomość, lecz Jim uderzył ją lekko po policzku, ocucając.
-Nie możesz zemdleć. Jeszcze.. jeszcze chwilę. - powiedział, ale głos mu drżał. To musiało być dla niego trudne. Być może trudniejsze niż dla niej. Odetchnęła głęboko, czując ciepłe łzy na policzkach. Natrafiła dłonią na jego wolną rękę i ścisnęła ją mimowolnie. Chłopak skrzywił się pod wpływem bólu, ale nic nie powiedział.
-Jeszcze chwilę. Wytrzymaj. - mówił, a ona kiwała głową, na wpół świadoma. Co chwilę ból wstrząsał jej ciałem, a ona całą siłą woli nakazywała sobie leżeć spokojnie.
W końcu, chyba po całej wieczności bólu Jim wyciągnął palce, trzymając w nich kulę. Rękę miał zakrwawioną, a twarz spoconą i bladą. W tej chwili wyglądał bardziej krucho niż zwykle. Emma oddychała ciężko, starając się uspokoić. Wypluła materiał, a Jim spojrzał na nią z niepokojem, odkładając kulę na bok.
-Gdzie masz apteczkę? - zapytał, ale ona nie była w stanie odpowiedzieć. Oczy same jej się zamykały, a ból ciągle promieniował w jej ciele. Mary, która do tej pory stała z boku i patrzyła na nich z przerażeniem, teraz drgnęła jak wyrwana z transu i pobiegła do plecaka Emmy. Wyciągnęła apteczkę i podała ją bratu.
Emma jak przez mgłę widziała Jima, który czyści i zakłada opatrunek na ranę. Czuła ból, gdy to robił, ale ten był - w porównaniu z katuszami przy wyciąganiu kuli - tylko łaskotaniem. Mimo tego, że co chwilę mdlała, a Jim mówił coś do niej spanikowany, wiedziała, że wyjdzie z tego.
Świat nie był tak łaskawy, by zabić ją w ten sposób.


* * *


Obudziła się, gdy słońce całkowicie zniknęło z nieba, a za oknem panowały egipskie ciemności. Rozejrzała się i próbowała wstać, ale poczuła ból w brzuchu. Gdy spojrzała w dół zobaczyła opatrunek, który przesiąknął krwią. Skrzywiła się i podniosła wzrok. Mary leżała w kącie, przykryta bluzą Jima, a sam chłopak siedział koło Emmy, trzymając ją wciąż za rękę. Spał na siedząco, z głową przekrzywioną na bok i otwartą buzią. Oddychał miarowo, a Emma zobaczyła, że przykrył ją jej bluzą, którą pewnie znalazł w plecaku. Sam nie miał nic na sobie, więc Emma szybko przykryła go swoim okryciem. Poczuła chłód pokoju i wzdrygnęła się na myśl, że chłopak wytrzymał tak całą noc.
Jakby czując na sobie jej wzrok chłopak powoli otworzył oczy i ich spojrzenia się spotkały.
-Obudziłaś się. - szepnął, wciąż zaspany. Podniósł się lekko i spojrzał na bluzę, którą go okryła, a później na nią. - Nie musiałaś mnie przykrywać. Tobie przyda się bardziej.
Chciał ją znów przykryć, ale pokręciła słabo głową.
-Weź ją. Ja już się wyspałam. - odparła, próbując się podnieść. Skrzywiła się, gdy ból przeszył jej ciało. Zakręciło jej się w głowie i poczuła mdłości.
-Ale nie jest mi zimno, więc ty ją weź. - rzucił, lecz widziała na jego rękach gęsią skórkę.
-Przecież widzę, że ci zimno. Weź ją. - powiedziała, czując irytację. Chłopak także najwyraźniej tracił cierpliwość.
-Mówię, że mi nie jest potrzebna. Zakładaj ją. - zarządził, a on tylko prychnęła, przecierając ręką oczy.
-Nie będziesz mi rozkazywał, kurduplu. Zakładaj tę cholerną bluzę. - syknęła, a on zaśmiał się z politowaniem.
-Nie mam zamiaru cię słuchać, starucho. - rzucił, zakładając ręce pod głowę i zamykając oczy. Emma właśnie miała mu przywalić, gdy otworzył oczy, a smutek, który w nich zobaczyła tak ją zaskoczył, że znieruchomiała.
Chłopak usiadł prosto, wbijając wzrok przed siebie.
-Przepraszam, za to co się stało. - wypalił, a Emma westchnęła, nie za bardzo wiedząc co powiedzieć. Wiedziała w głębi duszy, że na jego miejscu zareagowałaby tak samo. Gdyby tam był Jack, nie zawahałaby się przed działaniem. Nawet gdyby otoczyłaby go cała chmara Pożeraczy.
-Wiesz, że już nie jestem zła, kurduplu. - powiedziała, a on tylko się skulił.
-Ja po prostu.. Nie wiedziałem, że wujek będzie się tak zachowywał.. - pokręcił głową, jakby chciał pozbyć się obrazu z wcześniejszych wydarzeń. - To do niego niepodobne.. On.. Był naprawdę dobrym człowiekiem. Uwielbiał Mary, a ze mną zawsze oglądał filmy.
Zamilkł, jakby niepewny, czy kontynuować. Emma spojrzała na niego i westchnęła.
-Ludzie się zmieniają, Jim. Twój wujek stracił żonę i córkę.. Sam mógł umrzeć. Przestał myśleć jasno i po prostu.. - nie wiedziała jak delikatnie to nazwać.
-..oszalał? - dokończył Jim, a ona kiwnęła głową. Chłopak wziął drżący oddech. - Ale wiesz.. mi nawet nie jest przykro, że zginął. - Emma spojrzała na niego z niedowierzaniem. Zacisnął pięści, ciągle patrząc przed siebie. - Gdy zobaczyłem jego oczy to ja.. bałem się. Myślałem, że mnie zabije. A potem cię postrzelił. To mnie przeraziło bardziej, niż widok Pożeraczy. Bałem się, że umrzesz. Że znów zostaniemy sami.
Ostatnie dwa zdania powiedział tak cicho, że prawie go nie usłyszała. Wiedziała ile musiały go kosztować te słowa. Uśmiechnęła się lekko, po czym poczochrała go po włosach.
-A więc nie jesteś takim twardzielem jak myślałam, co? - zapytała, a on drgnął i odwrócił się do niej ze złością w oczach. Zaśmiała się i był to jej najszczerszy śmiech od śmierci Rose. - Jednak potrafisz być czasem słodki, kurduplu.
Zarumienił się mocno, po czym podniósł się gwałtownie, prawie się przewracając.
-Co za głupota. Idę do Mary. - wymamrotał i podszedł sztywno do siostry. Usiadł obok niej i skrzyżował ręce na piersi, po czym wbił wzrok w podłogę. Emma uśmiechała się szeroko, patrząc na niego, a on tylko rzucił jej przelotne spojrzenie. Wystawił język i pociągnął za dolną powiekę, robiąc niesamowicie głupią minę, po czym odwrócił się, prychając i wbił wzrok w ścianę.
Gdy w końcu się uspokoił i zasnął, Emma westchnęła. Musieli się śpieszyć. Nie mogła sobie pozwolić na dalsze opóźnienia. Musieli jak najszybciej dotrzeć do Pierwszej Strefy, jednak w jej obecnym stanie nie była pewna, czy da radę.
Spojrzała na ciemność za oknem. Księżyc i gwiazdy zniknęły, jakby chciały się schować przed okrucieństwem tego świata. Westchnęła myśląc o tym, co Jim powiedział jej wcześniej. Może rzeczywiście źle zrobiła, biorąc ich ze sobą. Może daliby sobie radę sami. Oparła głowę o ścianę i spojrzała na sufit w zamyśleniu. Wiedziała, że Jim mógł mieć racje. Jednak dopiero teraz do niej dotarło, że to ona ich potrzebowała, nie odwrotnie. To dzięki nim nie zamknęła się całkowicie w sobie. Wzięła ich ze sobą by im pomóc, ale również dlatego, że chciała pomóc sobie. Nie mogła zostać sama... Bała się samotności.
Spojrzała na śpiące dzieci i uśmiechnęła się. Jej wzrok zatrzymał się na dłużej na Jimie. Ten chłopak tak bardzo ją denerwował tą swoją upartością, pewnością siebie i beztroską.. a jednak mimo wszystko tak bardzo się do niego przywiązała. Wniósł do jej życia trochę światła, które chociaż odrobinę rozświetliło ciemność zostawioną przez Rose. Była mu tak bardzo wdzięczna, a jednak wiedziała, że nigdy mu tego nie powie. Była na to za dumna.
Uśmiechnęła się, zdając sobie sprawę, że Jim trochę przypomina jej siebie. Prychnęła cicho i zamknęła oczy. Chyba się starzeje, pomyślała. Westchnęła, otworzyła na chwilę oczy, by spojrzeć na dzieci, po czym znów je zamknęła i w końcu pozwoliła sobie na sen.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Rozdział IV

Patrzyła jak słońce powoli wychodzi zza horyzontu, przeżuwając kęs kanapki. Siedziała na dachu pięciopiętrowego budynku, ale nie zbliżała się do krawędzi. Usiadła pod kominem i teraz rozglądała się, ale wokoło panował spokój. Przed sobą w odległości kilkudziesięciu metrów miała granicę oznaczoną zwykłą czerwoną flagą, która powiewała na maszcie zniszczonego domu. Za flagą znajdowała się 5 dzielnica. Emma przeszła już kilka, kierując się właśnie do Piątki, bowiem tam znajdował się najbliższy skład broni. Dostała amunicję od Jacka na cały tydzień, a już po trzech dniach marszu skończył jej się prawie cały zapas.
Dokończyła jedzenie, wzięła łyk wody i wstała, otrzepując ubranie z okruszków. Jedzenie kupiła wczoraj w Szóstce, pozbywając się tym samym starego łańcuszka, który kiedyś znalazła. Wiatr smagał ją po twarzy, gdy jeszcze raz przeczesywała wzrokiem okolicę, ale i tym razem niczego nie dostrzegła, więc odwróciła się i podeszła do krawędzi, usilnie nie patrząc w dół. Zbiegła po schodach przeciwpożarowych i ruszyła ulicą, trzymając się blisko ścian budynków.
Gdy po kilku minutach marszu minęła jakiś dom, w środku usłyszała szloch dziecka i przez chwilę zastanawiała się, czy są z nim rodzice, czy tak jak większość dzieci w tych czasach musi radzić sobie samo. Emma przystanęła, walcząc sama ze sobą. To nie była jej sprawa, w końcu ona także przeżyła coś takiego, a przecież nie wykluczone, że w środku byli też rodzice dziecka. Już miała ruszyć, gdy znów usłyszała szloch, tym razem głośniejszy. Brzmiał w nim strach i zagubienie. Emma zagryzła wargę, po czym przeklinając w myślach swoją głupotę, odwróciła się i podeszła do drzwi.
Zapukała cichutko, a szloch po drugiej stronie umilkł, lecz po chwili dziewczyna usłyszała ciche łkanie, jakby ktoś usilnie tłumił wcześniejszy płacz. Nacisnęła klamkę, lecz drzwi zdawały się być czymś zablokowane. Rozejrzała się po ulicy, ale nie zauważyła niczego groźnego, więc znów skupiła się na drzwiach.
-Hej, jest tam ktoś? - zapytała, ale odpowiedziała jej cisza. Szloch po drugiej stronie umilkł całkowicie, ale Emma słyszała pociąganie nosem. - Nie musisz się bać. Jestem człowiekiem. Nic ci nie zrobię. Chce tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Usłyszała po drugiej stronie ciche kroki i znów pociągnięcie nosem, tym razem bliżej, jakby dziecko podeszło do drzwi.
-Wszystko okej? Jest tam ktoś z tobą? - zapytała, a po drugiej stronie znów rozległ się płacz. Emma westchnęła cicho, lekko rozdrażniona tym, że musi tu stać, zamiast iść przed siebie. Miała jeszcze jakieś cztery dni drogi i nie chciała tracić czasu.
-Nie mogę stać tu za długo. Jest ktoś z tobą? - powtórzyła, a do jej głosu wkradło się zniecierpliwienie. Najpierw po drugiej stronie panowała cisza i Emma już miała dać sobie spokój, kiedy usłyszała jak coś szura po podłodze i doszła do wniosku, że to pewnie ta rzecz blokująca drzwi.
Rozejrzała się, po czym znów nacisnęła klamkę i tym razem drzwi ustąpiły. Pchnęła je i zaglądnęła do środka, lecz nikogo nie dostrzegła. Zmarszczyła brwi i weszła głębiej, a wtedy drzwi zamknęły się z hukiem, co prawie przyprawiło ją o zawał serca. Odwróciła się błyskawicznie, wyciągając pistolet z kabury i wycelowała.. prosto w głowę małego chłopca. Zamarła na chwilę, ale prawie od razu się opanowała.
Chłopiec trzymał w ręce kij z niebezpiecznie ostrym końcem i mierzył jej nim w serce. Mógł mieć jakieś dziesięć lat, miał gęste brązowe włosy i piwne oczy. Był bardzo chudy, a na sobie miał tylko cienki podkoszulek i szorty, a do tego był boso. Musiało być mu bardzo zimno. Emma zmarszczyła brwi, szukając w jego oczach śladu łez, ale ich nie dostrzegła. A mogła przysiąc, że kilka chwil temu ktoś płakał.
Mimo iż chłopak dalej wystawiał w jej stronę kij, Emma opuściła broń i schowała ją z powrotem do kabury. Rozejrzała się, ciągle marszcząc brwi, po czym znów spojrzała na chłopca.
-Jesteś sam? - zapytała, kucając, a on cofnął się odruchowo. Jakby wstydząc się tego ruchu, zmarszczył brwi w wojowniczym geście i znów postąpił do przodu, celując kijem w jej pierś.
-Oddaj mi swój plecak. - rozkazał, a Emma uniosła brwi. - Oddawaj go.
Patrzyła na niego długo, aż nie spuścił wzroku. Nie mogła uwierzyć, że chciała mu pomóc, a on tak się jej odpłacał. Najpierw poczuła złość i już miała mu pokazać gdzie jest jego miejsce, ale wtedy coś poruszyło się za plecami chłopaka, więc znów wyciągnęła pistolet, pewna, że to niebezpieczeństwo. Mała osóbka wyglądająca z drugiego pokoju pisnęła przerażona i czmychnęła z powrotem do swojej kryjówki.
-Mary! - krzyknął chłopiec i zapominając o Emmie ruszył biegiem do pokoju upuszczając kij na podłogę. Dziewczyna spostrzegła, że chłopak kuleje na lewą nogę i dopiero teraz zauważyła, że skóra naokoło jego kostki jest spuchnięta.
Emma schowała pistolet, na wszelki wypadek zasunęła małą szafką drzwi, tak jak pewnie wcześniej zrobił to chłopiec, po czym ruszyła do pokoju w którym zniknął.
Przeszła przez próg i zobaczyła mały salon z kanapą i fotelem, stolikiem stojącym przy ścianie i szafą, przy której teraz stał chłopiec i pukał w nią małymi pięściami.
-Mary, wyjdź! Nie bój się, ja cię obronie. Tylko musisz wyjść. Tam są pająki  i któryś może cię ugryźć! - mówił chłopiec, a Emma patrzyła na niego póki jej nie zauważył. Odskoczył od szafy i rozglądnął się za swoim kijem, ale zostawił go przy drzwiach, więc teraz stał tylko i patrzył na nią z lekkim strachem.
-Tu nikogo nie ma! Tylko ja! Ja, słyszysz! Nic mi nie jest, więc możesz iść! Nie potrzebuje twojego plecaka! weź go sobie! - krzyczał, a Emma ruszyła w jego stronę, czując w piersi irytację i niepokój. Chłopak cofnął się o krok. - Nie boję się ciebie! Myślisz, że jak masz pistolet, to mnie wystraszysz? Jestem wojownikiem i niczego się nie boje!
Emma zamknęła mu usta ręką, przyciskając jednocześnie palec do ust i dając znak, by był cicho.
-Nie krzycz tak, bachorze. - syknęła, rozglądając się na boki i próbując wyjrzeć przez okno, ale było zasłonięte i tylko przez małą szparę widziała kawałek ulicy. - Wiesz chyba, że potwory słyszą bardzo dobrze i w każdej chwili mogą tu przyjść. Więc bądź cicho.
Chłopak znieruchomiał, jakby nie miał o tym pojęcia. Emma westchnęła i zabrała dłoń.
-A teraz odpowiedz mi. Jesteś tu sam? - zapytała, a on zacisnął usta, lecz po chwili zerknął w stronę szafy i odetchnął, a jego usta lekko drżały.
-Z siostrą. - szepnął, skubiąc koszulkę. Emmę nagle opuściła złość. Spojrzała na szafę i zobaczyła, że drzwi są lekko uchylone, a zza nich wygląda piwne oko, takie samo jak chłopaka. Emma znów spojrzała na chłopca, który patrzył teraz w ziemię, jakby cała wojowniczość go opuściła. Wydawał się być teraz kruchy i zaskakująco mały.
-Możesz powiedzieć siostrze, żeby wyszła? - zapytała Emma, a on znów zerknął w stronę szafy i po chwili skinął głową. Podszedł do mebla, kulejąc, i zapukał trzy razy.
-Mary. Wyjdź, proszę. Ta dziewczyna nic ci nie zrobi. Wyjdź, Mary. - powiedział, a drzwi uchyliły się odrobinę. Emma zobaczyła piwne oczy, zaczerwienione od płaczu. Domyśliła się, że to ona płakała przy drzwiach. Dziewczynka wyszła powoli i od razu stanęła za plecami brata. Była jeszcze mniejsza niż on, mogła mieć cztery latka. Kurczowo zaciskała rączki na koszulce chłopaka, patrząc na Emmę zza pleców chłopaka. Miała tak jak brat brązowe, kręcone włosy, sięgające bioder. Miała urodę lalki, ale płacz nie działał korzystnie na ten urok. Była ubrana w leginsy z dziurą na kolanie, luźną, fioletową bluzkę z krótkim rękawem i sweter, który najprawdopodobniej dał jej brat.
Emma spojrzała na chłopaka.
-Gdzie wasi rodzice? - zapytała, a on drgnął, po czym objął jedną ręką siostrę w wojowniczym geście, ale Emma widziała w jego oczach strach, zmartwienie i niepewność.
-Musieli wyjść po jedzenie i jeszcze nie wrócili. Ale za niedługo przyjdą. - powiedział z zapałem, a dziewczynka mocniej do niego przywarła.
-Kiedy wyszli? - zapytała Emma łagodnie, starając się nie zdradzić swoich podejrzeń.
-Trzy dni temu. - odparł chłopak po chwili ciszy, a Emma już wiedziała, że jej przypuszczenia są prawdziwe. Sklep z żywnością był może dwie ulice stąd, więc to niemożliwe, że ich rodzice jeszcze nie wrócili. Najprawdopodobniej dorwały ich Pożeracze i już nie żyli...
-Mama. - szepnęła dziewczynka, drżącym głosem, a Emma poczuła w sobie jakiś dziwny żal. To było takie niesprawiedliwe, że takie małe dzieci musiały przez to przechodzić. Małe dzieci nie powinny czekać tyle na rodziców. Powinny spędzać z nimi jak najwięcej czasu. Powinny być przy nich bezpieczne. Nie powinny się bać, że ich rodzice gdzieś wyjdą i nie wrócą.
Emma sięgnęła do plecaka i wyciągnęła z niego dwie kanapki, wiedząc, że znów będzie musiała iść do sklepu, mimo iż była wczoraj. Westchnęła w duchu i odwróciła się do dzieci.
-Jesteście głodni? - zapytała, wyciągając w ich stronę jedzenie, a chłopak spojrzał na nie podejrzliwie.
-Nie jesteśmy. - odparł z godnością, jakby nie potrzebował żadnej pomocy. Jednak dziewczynka za jego plecami wyciągnęła nieśmiało rękę, a do uszu Emmy dobiegło burczenie brzucha.
Podała dziewczynce kanapkę, a ona niemal natychmiast odgryzła wielki kęs. Chłopak znów spojrzał na swoją porcję w ręce Emmy, lecz tym razem z wahaniem.
-No weź. - ponagliła Emma, a on prychnął i jakby od niechcenia wziął kanapkę, lecz po chwili już jadł z większym zapałem niż jego siostra.
Emma patrzyła na nich, zastanawiając się, co powinna zrobić. Może to był zły pomysł, że tu przyszła. Może powinna zostawić ich płaczących i przerażonych? Gdyby przeszła obojętnie, oni dalej czekaliby na rodziców, którzy już nigdy nie przyjdą. Zagryzła wargę i żeby odrzucić od siebie te myśli, spojrzała na nogę chłopaka.
-Co ci się stało? - zapytała, a on spojrzał na swoją kostkę z pełnymi ustami. Wyglądał jak chomik, który napchał sobie policzki orzechami. Emma prawie się uśmiechnęła na tę myśl.
-Wywróciłem się. Ale to nic poważnego. Nie boli. - odparł, gdy już przełknął. Jednak dla Emmy to wcale nie było "nic poważnego". Wręcz przeciwnie. Z bliska kostka była jeszcze bardziej spuchnięta i pokryta sinymi plamami. Do tego Emmie wydawało się, że noga jest lekko wygięta pod dziwnym kątem.
Nachyliła się i zanim chłopak zdążył zareagować, Emma nacisnęła spuchniętą kostkę. Chłopak wrzasnął i odskoczył pod ścianę, a jego twarz zbladła niesamowicie. Jego siostra spojrzała na Emmę z przestrachem.
-Jak dla mnie to JEST poważne. - mruknęła, patrząc na nogę ze zmarszczonymi brwiami. Najpierw czuła satysfakcję, że pokazała małemu że to ona ma rację, ale już po chwili poczuła się winna, widząc, jak łzy pojawiają się w oczach chłopaka. - Wybacz. Nie chciałam zrobić ci krzywdy.
-To nic. Nie boli. - szepnął, ale jego głos drżał, a po policzkach spłynęły pierwsze łzy. Wytarł je czym prędzej i odwrócił od niej twarz. Emma zacisnęła pięści. Jestem beznadziejna, pomyślała, po czym zajrzała do plecaka, wyciągnęła apteczkę i podeszła do chłopca.
-Chodź, twardzielu. Posmaruję ci nogę maścią, żeby szybciej się zagoiła. - rzuciła, a noga najwyraźniej bardzo go bolała, bo dobrowolnie chwycił jej wyciągniętą rękę i pozwolił zaprowadzić się na kanapę. Nie stawał na nogę, tylko skakał na zdrowej i odetchnął z ulgą, gdy wreszcie usiadł. Emma schyliła się, otwierając apteczkę i wyciągnęła z niej maść. Kątem oka zobaczyła, jak dziewczynka podchodzi do nich nieśmiało i przygląda się poczynaniom Emmy.
-Nie bój się. Chodź zobaczyć. - powiedziała do niej Emma, a dziewczynka zawahała się, ale podeszła po chwili i usiadła koło Emmy, kładąc jej rękę na kolanie. Dziewczyna najpierw nasmarowała chłopakowi nogę, a on jęczał co chwilę, skarżąc się, że go boli i żeby Emma nie smarowała tak mocno. Emma w odpowiedzi powiedziała, że podobno jest wojownikiem i że nic nie może go zranić, na co on wydął tylko usta i później nie jęknął już ani razu. Jego siostra śmiała się podczas tej wymiany zdań, a brat widząc ją, także się uśmiechał.
Emma patrzyła na nich w zadumie, myśląc, że nawet w takich chwilach, gdy ich rodzice nie wracali trzy dni do domu, gdy chłopak miał najprawdopodobniej złamaną nogę, gdy obaj z siostrą byli głodni i przemarznięci, ciągle mieli siły się śmiać. Było to tak dziwne, że Emma siedziała jak zamroczona, podczas gdy chłopak i dziewczynka patrzyli na nią z niepokojem.
-Wszystko gra? - zapytał chłopak, wyrywając ją z otępienia. Potrząsnęła głową i uśmiechnęła się lekko.
-Ta, wszystko okej. - wstała, zapinając plecak i zarzuciła go sobie na ramię. Rozejrzała się po pokoju i znów spojrzała na rodzeństwo. - Macie tu jakieś koce, czy coś? Jakieś lepsze ubrania?
Chłopak pokręcił głową, podczas gdy dziewczynka podeszła do szafy, wyciągnęła stamtąd lalkę i usiadła na podłodze, pogrążając się w swoim świecie zabawy i beztroski. Emma patrzyła na nią ze współczuciem w sercu. Taka mała, a zamiast bawić się na placu zabaw, musiała ukrywać się z bratem bez ubrań, jedzenia i z tylko jedną zabawką, czekając na rodziców, którzy nigdy nie przyjdą. Zagryzła wargę, znów rozglądając się po pokoju.
Podrapała się po głowie, a myśli przebiegały jej przez głowę, lecz wszystkie były zbyt absurdalne.
-Nie musisz się o nas martwić. Mama i tata niedługo wrócą. - powiedział chłopak, który chyba wyczuł jej niepokój. Swoimi słowami przyciągnął jej wzrok, który wbiła w jego drobną twarz i długo się w nią wpatrywała.
Mogła przecież ich zostawić. Powinni być bezpieczni, a przynajmniej Pożeracze nie powinny ich wyczuć. Gorzej z jedzeniem i piciem, bo sami przecież nie mogli wyjść z domu i ot tak iść sobie po ulicy. Mogli też umrzeć z wyziębienia, bowiem noce w nieogrzewanych mieszkaniach były bardzo zimne. Zaczęła gryźć paznokieć kciuka, znów pogrążając się w zadumie.
-Mama. - szepnęła znów dziewczynka, tuląc do siebie lalkę i zamykając oczy. Pociągnęła nosem i już po chwili zaniosła się płaczem. Chłopak podbiegł do niej i przytulił ją, głaszcząc po włosach i mówiąc coś do niej cichym głosem.
Nie mogła ich tak zostawić. Musiała coś wymyślić. Może kupić im dużo jedzenia? Ale nie mogła. Nie miała tak dużo rzeczy do wymiany, a musiała mieć też coś dla siebie. No i jeszcze musiała kupić amunicję. A tutaj nie miała tak jak u Jacka, który dałby jej wszystko za darmo. Na wspomnienie o nim, poczuła ukłucie w sercu, ale też jakiś dziwny spokój, jakby samo wspomnienie o nim wlewało w jej serce ciepło.
Spojrzała na chłopaka i dziewczynkę, którzy tulili się do siebie i jej wzrok padł na rączkę dziewczynki, która kurczowo ściskała brata za koszulkę w rozpaczliwym geście kogoś, kto wpada w przepaść i łapie się czegokolwiek, żeby tylko uchronić się przed dalszym spadaniem w dół. Ta mała nie powinna czuć niczego takiego. Nie powinna bać się tak bardzo w takim wieku.
-Cholera. - szepnęła Emma, wiedząc już, że jej zbyt wrażliwe serce nie pozwoli jej zostawić ich samych. Westchnęła, przeklinając po raz drugi swoją głupotę i podeszła do rodzeństwa, kucając obok nich. Chłopak podniósł głowę i spojrzał na nią pytająco. Zrzucił już całkowicie swoją maskę podejrzliwego, pewnego siebie i odważnego chłopaka. Był teraz zwykłym chłopcem, troszczącym się o siostrę i niepokojącym się o rodziców.
-Słuchaj mam taki pomysł... - zawahała się, zdając sobie sprawę, że nie wie jak chłopak się nazywa. Ten przekrzywił głowę i podpowiedział, ciągle tuląc siostrę, która najprawdopodobniej zasnęła w jego ramionach.
-Jestem Jim. A to Mary. - Emma kiwnęła głową i kontynuowała.
-Ja jestem Emma. Wracając, to mam taki pomysł, a raczej propozycję. - chłopak zmarszczył brwi, a Emma westchnęła, wciąż nie dowierzając swojej głupocie. - Wydaje mi się, że lepiej dla ciebie i twojej siostry będzie odejść z tego miejsca. Tu jest niebezpiecznie, a do tego nie macie ciepłych ubrań, jedzenia, a wasi rodzice.. - zawahała się, patrząc w wielkie oczy Jima, ale przełknęła ślinę i kontynuowała. - wydaje mi się, że stało się im coś złego.
Chłopak zbladł, ale w jego oczach widziała, że spodziewał się tego. Najwyraźniej też zaniepokoiła go długa nieobecność rodziców.
-Muszę dojść do Pierwszej Strefy, a słyszałam, że mają tam naprawdę dobrą ochronę. Będą mogli zapewnić wam bezpieczeństwo. - mówiła dalej, a on wyraźnie się wahał. Emma spojrzała na jego siostrę, oddychającą miarowo i przyciskającą lalkę do piersi. - Tak będzie lepiej dla ciebie i Mary, Jim.
Wbijał w nią wzrok, ale wiedziała, że już się zdecydował. Najwyraźniej bezpieczeństwo siostry było dla niego najważniejsze. Emma z zaskoczeniem i bólem stwierdziła, że ona tak samo kiedyś troszczyła się o Rose, jak Jim o Mary. Przełknęła gulę w gardle i wstała, po raz trzeci tego dnia przeklinając swoje głupie pomysły.


* * *


Było gorzej niż się spodziewała.
Jim przez całą drogę musiał uspokajać Mary, która obudziła się jeszcze zanim wyruszyli. Dziewczynka ciągle szlochała i pociągała nosem, co niesamowicie wyprowadzało Emmę z równowagi. Jim trzymał siostrę za rękę, gdy szli cicho ulicami opustoszałego miasta, ale później Mary była zbyt zmęczona żeby iść, więc Jim chciał wziąć ją na barana, ale stanął na swoją złamaną nogę i wydał z siebie okrzyk bólu, który mógłby zwabić Pożeraczy z całej dzielnicy. Czym prędzej zatkał ręką usta, ale Emma i tak musiała siedzieć z nimi w piwnicy jakiegoś domu przez kilka godzin, by się upewnić, że nawet jeśli jakieś Pożeracze przyjdą, to ich nie wyczują i sobie pójdą. Nie mogła ryzykować walki, gdy były z nią te dzieciaki. Gdy już wyszli, Emma musiała przez resztę drogi iść z Mary na plecach, a Jim nie mógł przemęczać nogi, więc co chwilę musieli robić postoje, a do tego musiała także rozglądać się i wypatrywać Pożeraczy. Gdy przechodzili koło sklepu z jedzeniem Emma zobaczyła pod ścianą zaschniętą krew i ślady wleczenia kogoś po podłodze, a gdy mijali pobliski zaułek dostrzegła niewyraźne kształty, które niepokojąco przypominały ludzkie ciała. Emma dostrzegła tylko, że był to mężczyzna i kobieta i ze zgrozą stwierdziła, że gęste, brązowe włosy mężczyzny są bardzo podobne do czupryny Jima. Odwróciła wzrok i czym prędzej przeprowadziła dzieci dalej, ale wydawało jej się przez moment, że Jim dostrzegł to samo co ona, bowiem strasznie zbladł. Jednak nic nie powiedział, tylko mocniej zacisnął dłoń na koszulce Emmy, której trzymał się od dłuższego czasu.
Emma odetchnęła więc z ulgą, gdy udało im się cało dotrzeć do składu broni w Piątej dzielnicy. Gdy byli już w środku, Emma postawiła Mary na ziemi i wzięła ją za rękę, po czym upewniła się, że Jim jest za nimi i weszła wgłąb sklepu. Jim ciągle był blady i dziwnie milczący, ale gdy zobaczył gdzie się znaleźli, rozchmurzył się i zaczął z zainteresowaniem przypatrywać się towarom leżącym na stołach. W środku było kilka osób, ale tego się spodziewała. Dzieciaki rozglądały się jak zafascynowane, podczas gdy Emma wypatrywała właściciela. Składzik był większy niż Jacka i bardziej zadbany. Wszystko było poukładane, na ścianach wisiały bronie zależnie od wielkości, a blaty były powycierane i Emma nie dostrzegła na nich ani jednej drobinki kurzu. Jeszcze nie spotkała mężczyzny, który tak dbałby o porządek.
Sprawa szybko się wyjaśniła, bowiem gdy Emma rozglądała się wokół, podbiegła do niej niska kobieta w poplamionym fartuchu.
-Witam. Jestem Doris, właścicielka. - przedstawiła się i spojrzała za Emmę, na Jima i Mary, którzy przyglądali się karabinowi maszynowemu. Przekrzywiła głowę i znów spojrzała na Emmę. - W czym mogę pomóc?
-Potrzebuje amunicji do tego pistoletu. Jak najwięcej. - pokazała jej pistolet od Jacka, a ona kiwnęła głową, przyglądając się broni.
-Coś znajdę. Możecie się rozglądnąć po sklepie, a ja zaraz wracam. - pomachała Jimowi i Mary, po czym odwróciła się i odeszła, lawirując między skrzyniami i po chwili znikając na zapleczu.
Emma rozejrzała się po sklepie, ale po chwili poczuła, że coś ściska ją za rękę, więc spojrzała w dół i zobaczyła, że to Mary, trzyma się jej kurczowo, patrząc dookoła z przestrachem. Emma kucnęła, by mieć jej twarz na wysokości oczu.
-Co się dzieje, Mary? - zapytała, przyglądając się jej. Wyglądała na przestraszoną.
-Patrzą się. - szepnęła, a Emma podniosła wzrok i rzeczywiście zobaczyła, że te kilka osób, które widziała wcześniej zaprzestało oglądania broni i teraz wszyscy patrzą na nią i na dzieci. Zmarszczyła brwi i wstała, trzymając Mary za rękę.
-Nie bój się. Nikt ci nic nie zrobi. - zapewniła, po czym spojrzała na Jima, który ciągle przyglądał się towarom wystawionym na blacie. - Jim, mogę ci ją zostawić? Muszę iść poszukać właścicielki.
Oderwał wzrok od broni i kiwnął głową, biorąc Mary za rękę. Mała puściła Emmę i wszczepiła się w brata. Dziewczyna natomiast ruszyła do przejścia, w którym zniknęła Doris, ale gdy tam dotarła okazało się, że to kolejny skład broni. Jednak sklep Doris był dużo większy niż Jacka. Emma znów poczuła bolesne ukłucie w sercu.
Stanęła w drzwiach, przeszukując wzrokiem składzik, ale Doris nigdzie nie było. Może był jeszcze jeden pokój? Emma westchnęła i obejrzała się, ale Jim i Mary stali w tym miejscu gdzie ich zostawiła, więc odprężyła się odrobinę. Ludzie przestali się na nich gapić i tylko niektórzy rzucali na nich co chwilę ukradkowe spojrzenia.
Gdy znów spojrzała do drugiego składzika, zobaczyła idącego ku niej chłopaka. Był szczupły i strasznie wysoki, mógł mieć ze dwa metry wzrostu, a prawie na pewno był w tym samym wieku co ona. Miał kruczoczarne włosy, spięte z tyłu głowy. Kilka krótszych kosmyków opadało mu na twarz, czym zdawał się nie przejmować. Trzymał w ręce jakąś torbę, w której co chwilę zanurzał dłoń, wyciągał coś małego i wkładał do buzi. Gdy stanął naprzeciwko niej z niedowierzaniem stwierdziła, że to słodycze. Najprawdziwsze słodycze, których teraz nie można było zdobyć, chyba że miało się coś naprawdę wartościowego do zaoferowania, a i wtedy dostawało się małą paczuszkę. Ten chłopak natomiast miał ogromną torbę wypchaną cukierkami i nie sprawiał wrażenia przejętego tym, że pożera słodycze jakby nie jadł niczego przez kilka lat. Podniosła wzrok znad torby i zobaczyła, że chłopak patrzy na nią, przeżuwając powoli, jakby na wszystko miał czas. Miał ładną twarz, z wydatnymi kośćmi policzkowymi i szarymi oczami, które teraz były utkwione w Emmie. Drgnęła i odwróciła wzrok, ale on ciągle tam stał, zaledwie krok od  niej, przeżuwając słodycze i wbijając w nią wzrok.
O co mu chodziło? Stał tam i gapił się na nią. Tak po prostu. Do tego, gdy chciała na niego spojrzeć musiała zadzierać głowę do góry, co niesamowicie ją irytowało. Zdenerwowana przestępowała z nogi na nogę,a on przeżuwał słodycze, nic nie mówiąc.
-Coś nie tak? - wybuchnęła w końcu, a on mrugnął powoli, jakby na wszystko miał czas.
-Możesz mnie przepuścić? - zapytał, a ona dopiero teraz zorientowała się, że stoi w drzwiach i blokuje przejście. Odsunęła się zażenowana.
-Och, tak. Sorki. - mruknęła.
Nie odpowiedział, tylko minął ją i zniknął w tamtym pokoju. Emma miała ochotę walnąć się w czoło. Super. Wykazałaś się, pomyślała. Nie dość, że blokowałaś mu drogę, to jeszcze na niego wyskoczyłaś, jakby to była jego wina. Brawo, Em.
Westchnęła i znów się rozejrzała, ale Doris nie było widać, więc poddała się i wróciła do Jima i Mary. Dzieci stały tam gdzie ich zostawiła, ale zerkały nerwowo na boki, a Jim patrzył nieufnie na jakiegoś faceta, który stał pod ścianą i wbijał w niego wzrok. Gdy Emma podeszła, Jim najwyraźniej odetchnął z ulgą, natomiast facet zmarszczył brwi i po chwili odbił się od ściany, ruszając w ich stronę.
Emma przyjrzała mu się nieufnie. Był straszy, mógł mieć około trzydziestu pięciu lat, miał brązowe włosy i brodę, a do tego nieprzyjemne, niebieski oczy. Może byłyby ładne, gdyby nie groźny błysk, który się w nich pojawił. Emma odruchowo zasłoniła Jima i Mary swoim ciałem.
Stanął przed nią, mierząc wzrokiem, po czym wskazał palcem na dzieci.
-Co to za bachory? To skład broni, a nie plac zabaw. - warknął, a Emma zmarszczyła brwi, czując niepokój.
-Są ze mną, więc nie powinieneś się interesować. - odparła, czując na sobie spojrzenia wszystkich obecnych w pokoju. Przyzwyczaiła się już do sklepu Jacka, gdzie wyjątkowo dbał, by nikt nie skakał sobie do gardeł, ale najwyraźniej Doris albo to nie obchodziło, albo po prostu nie słyszała, więc nie mogła interweniować.
Mężczyzna zrobił krok w jej stronę, ale ona nakazała sobie spokój i została w miejscu. Stali teraz w odległości jednego kroku i Emma czuła jego cuchnący piwem oddech na twarzy. Skrzywiła się z obrzydzeniem.
-Myślisz, że kim jesteś, żeby mi pyskować, gówniaro? - syknął, a ona kątem oka dostrzegła jak sięga po strzelbę przewieszoną przez ramię. - Takie dziewczynki jak ty nie powinny bawić się w wojowników, a bachory powinny gnić w domach ze strachu, a nie szlajać się po okolicy.
Emma usłyszała, jak Mary za jej plecami zaczyna szlochać ze strachu, a Jim po cichu mówi jej, że wszystko będzie dobrze. Poczuła jak krew napływa jej do twarzy z wściekłości. Nikt nie powinien mówić czegoś takiego. Prychnęła lekceważąco, rzucając nieznajomemu miażdżące spojrzenie.
-W takim razie takie cholerne dziady jak ty powinny przewracać się w grobie, a nie zgrywać wielkich wybawców ludzkości. - rzuciła, a z każdym kolejnym wypowiedzianym słowem czuła, że powinna była milczeć i zachować to dla siebie. Teraz jednak było za późno. Oczy faceta rozjarzyły się z wściekłości i przez chwilę Emma widziała w nich szaleństwo. Wyciągnął strzelbę i wymierzył w jej głowę, a do jej serca napłynął strach.
-Zaraz zamknę ci tę pyskatą mordę, gówniaro. - wysyczał, a ona z przerażeniem stwierdziła, że naprawdę ją zastrzeli. Usłyszała dźwięk odbezpieczanej broni, ale strach tak ją sparaliżował, że nie mogła się ruszyć. Wpatrywała się w ciemną dziurę lufy, która miała być ostatnią rzeczą, jaką zobaczy.
-Ooooch, czy to maczeta? - usłyszała i właśnie w tym momencie między nią, a mężczyzną pojawił się ten chłopak z szarymi oczami. Jak gdyby nigdy nic pochylił się i podniósł maczetę, która leżała na blacie, całkowicie ignorując wymierzoną w niego strzelbę.
-Co ty do cholery wyprawiasz, Radley? - warknął mężczyzna, a chłopak spojrzał na niego, odkładając broń i prostując się. Był od niego o głowę wyższy.
-Oglądam towar. Przecież przyszliśmy tu po broń, prawda, kapitanie? - odparł, sięgając po całą garść cukierków, a mężczyzna tylko sapnął zniecierpliwiony i schował strzelbę.
-Nie pouczaj mnie, Radley, wiem co robię. Zbieraj się, wychodzimy. - zarządził, odwracając się i rzucając przy tym Emmie spojrzenie mówiące "jeszcze się spotkamy", po czym  ruszył do wyjścia, a ludzie przepuszczali go ze spuszczonymi głowami, jakby bali się, że w nich też wymierzy strzelbę. Odwrócił się jeszcze w drzwiach i rzucił chłopakowi groźne spojrzenie. - I przestań żreć te cukierki. - warknął i wyszedł.
Chłopak westchnął, jakby to całe zamieszanie go zmęczyło, po czym sięgnął do torby ze słodyczami i zjadł kolejną garść. Emma patrzyła na niego z mieszanymi uczuciami. Nie potrafiła odgadnąć, czy jest dobry, czy zły, czy coś go obchodzi, czy może jednak nic. Chłopak już miał odejść, gdy Emma chwyciła go za kurtkę, więc zatrzymał się i odwrócił do niej, przeżuwając cukierki.
-Eee, dzięki. - wymamrotała, zdając sobie sprawę, że znów została uratowana. Naprawdę nie potrafiła o siebie sama zadbać, przebiegło jej przez myśl i jakby zmniejszyła się w sobie na tę myśl.
Chłopak patrzył na nią z góry szarymi oczami, a w jego spojrzeniu znów nie potrafiła odczytać niczego. Jakby o niczym nie myślał, albo po prostu nie chciał, żeby ktoś wiedział.
Nie odpowiedział, przyglądając się jej, a ona miała ochotę uciec przed jego spojrzeniem. Najwyraźniej należał do tego typu osób, które wbijają w ciebie wzrok, nieświadomi tego, że jest to krępujące.
-Radzę ci stąd znikać, jeśli nie chcesz kłopotów. - rzucił, jakby nie usłyszał jej podziękowań. Zmarszczyła brwi, myśląc, czy ten chłopak szuka zaczepki, czy po prostu jest głupi.
On jednak oderwał od niej wzrok i omiótł wzrokiem salę, a Emma mimowolnie poszła w jego ślady i zobaczyła typków podobnych do mężczyzny z wcześniej, którzy także mierzyli ją wzrokiem, jakby tylko czekali aż chłopak od niej odejdzie, by się do niej przyczepić.
-Chociaż w sumie wyglądasz mi na taką, co lubi kłopoty, więc zignoruj to co wcześniej powiedziałem. - dodał jakby po namyśle głosem, który opisałaby jako wiecznie zmęczony. Poczuła, jak rumieniec wpływa jej na twarz.
-Nie masz o mnie bladego pojęcia, więc nie mów takich rzeczy. - warknęła, a on tylko wzruszył ramionami, po czym spojrzał na Jima i Mary. Wyjął z torby garść cukierków i wręczył je Jimowi, który popatrzył na nie wielkimi oczami. Mary zabrała jeden i zjadła, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Emma wydęła usta, nie mogąc zrozumieć tego chłopaka.
-Dzięki, ale nie trzeba było... - urwała, gdy zdała sobie sprawę, że chłopak już odszedł. Rozejrzała się i dostrzegła go, jak znika za drzwiami. Gdy wychodził, na jego kurtce, na ramieniu zobaczyła tą samą opaskę, którą widziała wcześniej na ramionach swoich poprzednich wybawicieli. Zmarszczyła brwi, ciekawa, co ta opaska oznacza.
-Wybacz, że tak długo, ale nie mogłam znaleźć odpowiednich naboi. - Emma odwróciła się i zobaczyła Doris, która szła do niej szybkim krokiem, trzymając w rękach woreczek z amunicją. Omiotła wzrokiem salę, ale wszyscy wrócili do oglądania broni, jakby nie chcieli wcześniej zrobić niczego głupiego Emmie i dzieciom. Dziewczyna westchnęła znużona.
-Nic nie szkodzi, całkiem przyjemnie spędziliśmy czas. - rzuciła z ironią.
Zapłaciła Doris za amunicję, po czym z ulgą opuściła sklep. Wychodząc czuła na sobie spojrzenia mijanych ludzi, ale zignorowała je. Mary trzymała ją za rękę, a Jim szedł obok, częstując siostrę cukierkami. Poczęstował też Emmę, a ona zjadła cukierka i stwierdziła, że od czasu ataku Pożeraczy nie jadła niczego tak pysznego. Zastanowiła się nad tym chłopakiem, którego spotkała, przy okazji podkradając Jimowi jeszcze trzy cukierki, co wywołało u niego wielkie oburzenie. Kim był? I co znaczyła ta opaska na jego ramieniu? Białe skrzydła rozpostarte w locie. Anielskie skrzydła. Szukała w pamięci tego symbolu, ale niewiele jej mówił. Westchnęła i wzruszyła ramionami.
Szli jeszcze przez pół dnia, a gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, zarządziła postój. Ukryli się w opuszczonym banku, na którego posadzkach waliły się sterty pieniędzy, których nikt już nie potrzebował. Minęli je obojętnie, po czym skierowali się na piętnaste piętro, gdzie zamknęli się w starej sali konferencyjnej.
-Musimy zbudować barykadę. - mruknęła, po czym spojrzała na dzieci. - Odpocznijcie trochę. Z samego rana wyruszamy.
Mary opadła zmęczona na ziemię, zwinęła się w kłębek, po czym zamknęła oczy i już po chwili jej oddech się uspokoił, a z twarzy zniknął strach i niepokój. Teraz tylko we śnie można było pozwolić sobie na spokój, pomyślała Emma.
Spojrzała na Jima, który zakrył Mary swoją bluzą, którą wcześniej znalazła mu Emma, po czym wyprostował się i spojrzał na Emmę wyczekująco.
-Co? - zapytała, podchodząc do biurka stojącego w kącie. Zaczęła przepychać go pod drzwi, ale biurko było cięższe niż przypuszczała, więc sapnęła z wysiłkiem, napierając na mebel z większą siłą.
Jim podszedł do niej i pomógł pchać, a ona tylko zacisnęła zęby, z trudem pchając biurko, które przesunęło się o jakiś metr.
-Idź spać, Jim. Dam sobie radę. - mruknęła, ale on nie odpowiedział, tylko pchnął mocniej. Musiała przyznać, że z jego pomocą szło trochę szybciej. -Jim, mówię poważnie..
-Daj spokój. Ze mną pójdzie szybciej. - rzucił, a ona uniosła brwi, patrząc na jego mizerną posturę. Był bardzo chudy, a do tego dochodziła jeszcze jego noga, która z pewnością nie pomagała mu w takim wysiłku.
-Jim, połóż się. Musisz oszczędzać nogę.. - zaczęła, ale jej przerwał.
-Przecież mówię, że ci pomogę! - krzyknął, a Mary leżąca w kącie wymamrotała coś przez sen, przewróciła się na bok i znów zasnęła. Emma spojrzała na Jima i dostrzegła w jego oczach determinację. - Jesteś tak głupia, że tylko się nami zajmujesz i nawet nie chcesz niczego w zamian. To strasznie wkurzające.
Emma otworzyła szeroko oczy, nie wiedząc co powiedzieć i zdając sobie sprawę, że on po prostu chce się jej odwdzięczyć za ratunek. Chłopak na nią nie patrzył, tylko wbijał wzrok przed siebie, a ona zauważyła, że rumieni się mocno. Uśmiechnęła się i chyba pierwszy raz od śmierci Rose poczuła, że nie jest sama.
-Dobra, twardzielu, więc lepiej przygotuj się, bo czeka nas dużo pracy. - rzuciła, a on prychnął, ale spojrzał na nią, a widząc jej uśmiech, wzdrygnął się.
-Nie szczerz się tak, to straszne. - mruknął, a ona z trudem powstrzymała się, żeby nie wyrzucić go przez okno. Oczywiście musiał wszystko zepsuć. Wiedziała od początku, że będzie dla niej utrapieniem. Spojrzała na niego szyderczo, a w głębi umysłu wiedziała, że po prostu nie może się powstrzymać, by mu nie dokuczyć.
-Zapamiętam, zarumieniony chłopcze. - odparła, a on zarumienił się jeszcze bardziej.
-Niby kto jest zarumieniony, starucho?! - warknął, a ona gwałtownie poderwała głowę i rzuciła mu miażdżące spojrzenie.
-Kogo nazywasz staruchą, konusie? - syknęła wściekła, mierząc go wzrokiem. Oczywiście nie pozostał jej dłużny.
Kłócili się przez pół nocy, przesuwając meble pod drzwi, a gdy skończyli, Emma z zaskoczeniem stwierdziła, że to pierwszy raz kiedy na tak długo zapomniała o Pożeraczach i otaczającym ją świecie. Pierwszy raz myślała o czymś innym niż o tym, jaki ten świat jest okropny.
Jim położył się obok Mary, a Emma podeszła do okna zajmującego całą ścianę i spojrzała w dół, na miasto. Nigdzie nie paliło się światło, nikt się nie ruszał, nigdzie nie było słychać choćby najmniejszego dźwięku. Wszędzie pustka, cisza i bezruch. Wymarłe miasto. Chwila wytchnienia minęła, pomyślała z westchnieniem. Patrzyła na miasto ze smutkiem, tak, jak patrzy się na coś, co straciło się już na zawsze. Była pewna, że inni ludzie rozsiani po świecie, samotni, ukryci w mroku i żyjący w strachu, który powoli ich zabija także patrzyli na swoje miasta, myśląc: "Straciliśmy wszystko".
Obejrzała się przez ramię, na Jima i Mary, którzy zasnęli pod ścianą i pomyślała, że nie tak to powinno wyglądać. Świat nie powinien być tak okrutny. Nie powinien powodować tyle bólu. Ludzie nie powinni poddawać się tak łatwo. Nie powinni oddawać swojego świata bez walki. Nic nie było takie jakie być powinno i to uczucie bolało. Powodowało u Emmy żal i wielki smutek, który ogarnął ją całą, zrzucając w otchłań rozpaczy. Krążyła i krążyła w ciemności, nie mogąc się uratować. Teraz, gdy świat powoli chylił się ku upadkowi, ona zadawała sobie pytania: Jak znaleźć w sobie siłę do walki? Jak ocalić swoich bliskich? Jak postawić świat z powrotem na nogi?
I jeszcze jedno.
Dlaczego ludzie są tacy słabi?

sobota, 23 maja 2015

Rozdział III

Dyszała ciężko, opierając ręce na kolanach. Przed nią Pożeracz właśnie podnosił się z ziemi, ale z powodu uszkodzonej nogi nie mógł wstać, więc zaczął do niej pełznąć. Mimo zranienia był bardzo szybki, a jego głodny wzrok mógłby wzbudzić w niej przerażenie, gdyby myślała racjonalnie. Jednak teraz nic nie było w stanie jej wystraszyć. Za nią leżały już dwa martwe potwory, a ten przed nią pojawił się dopiero przed chwilą.
Emma wystrzeliła do przodu i cięła go po twarzy sztyletem lepkim od krwi. Potwór wydał z siebie gardłowy dźwięk, ale rana była płytka, więc szybko się odwrócił i złapałby ją, gdyby nie uskoczyła. Jednak nogi nagle odmówiły jej posłuszeństwa i runęła na ziemię. Wiedziała, że wykorzystuje swoje ciało do granic możliwości, ale nic nie mogła na to poradzić. W normalnej sytuacji by się poddała, ale teraz emocje w niej buzowały, a dzika żądza zemsty nie pozwalała jej przestać wstawać. Także teraz się podniosła, mimo iż w głowie jej huczało od tępego bólu, a każdy mięsień płonął żywym ogniem. Na chwiejnych nogach ruszyła na Pożeracza, który zamarł w przysiadzie, lecz już po chwili poruszył się i w mgnieniu oka znalazł się przy niej. Cięła nożem, a potwór zachwiał się, lecz Emma nie miała siły zadać mocniejszego uderzenia, przez co jej cięcia przypominały lekkie zadrapania na ciele Pożeracza. Na jej oczach rany zaczęły się goić, jak na przyspieszonym filmie. Zaklęła pod nosem, myśląc gorączkowo. 
Nie miała jednak dużo czasu, bo Pożeracz już na nią ruszał, pełzając po ziemi jak wąż. Emma wzdrygnęła się z obrzydzeniem i wtedy pomysł wpadł jej do głowy. Ryzykowny, ale teraz nie obchodziło jej co jest niebezpieczne i ryzykowne, a co nie. 
Nie miała siły się ruszyć, więc po prostu czekała w miejscu, podczas gdy Pożeracz zaczął przyspieszać. Dopiero gdy był przy niej, wyciągnęła przed siebie nóż i runęła do przodu, prosto na potwora. Sztylet wbił się w jego ciało aż po rękojeść, a Pożeracz zacharczał, drgnął kilka razy i znieruchomiał. Emma sturlała się z niego, wyszarpując nóż. Pistolet już dawno wyrzuciła, bowiem naboje szybko się skończyły, więc teraz walczyła tylko za pomocą sztyletu. Przez to walka zajmowała jej o wiele więcej czasu, ale innej możliwości nie miała.
Znieruchomiała na ziemi, a pot spływał po jej ciele cienkimi stróżkami. Czuła się okropnie, ale nie potrafiła przestać. Nie potrafiła się poddać, bo gdy tylko zamykała oczy, gotowa odpuścić, od razu pod powiekami pojawiała się twarz Rose. Nie tej roześmianej Rose, którą tak chciała pamiętać, tylko jej martwe oczy, które wpatrywały się w nią pusto, pozbawione emocji. 
Emma dyszała, a przy każdym oddechu, jej płuca płonęły. Powieki same jej opadały, ale ona usilnie walczyła by ich nie zamykać. Nie zniosłaby znów tego strasznego obrazu Rose. Zacisnęła zęby, czując kolejne łzy napływające jej do oczu. 
Nagle usłyszała gdzieś za sobą dyszenie i przyspieszone kroki. Z trudem podniosła głowę i zobaczyła kolejnego Pożeracza, a za nim jeszcze jednego. Zacisnęła pięści, wbijając paznokcie w skórę. Podnieś się, rozkazała sobie, ale ciało nie chciało jej słuchać. Zaklęła i używając całej swojej siły przeturlała się na brzuch. Jej ubranie było podarte, a liczne zadrapania na ciele krwawiły, niektóre bardziej, a niektóre mniej obficie. Do tego jeden z Pożeraczy mocno zranił ją w nogę i musiała przewiązać ją sobie kawałkiem materiału, który oderwała od podartej koszulki. Była pewna, że wda się tam zakażenie, ale ważniejsze było zatamowanie krwawienia. Noga ciągle ją bolała, ale wciąż nie był to ból, który mógłby przewyższyć jej wewnętrzne cierpienie. Jej serce zdawało się krwawić i żaden opatrunek nie mógł tego bólu ukoić. 
Pożeracze już ją zauważyły i teraz biegły w jej stronę. Emma podniosła się z trudem do pozycji klęczącej, ale to był jej limit. Całkowicie straciła czucie w nogach i nie ważne jak klęła i się starała, nie mogła wstać. Ręce jej drżały, gdy podnosiła je i celowała nożem w nadbiegające potwory. Włosy, które już dawno wyślizgnęły się z kucyka, teraz okalały jej bladą twarz, a ich końcówki były poplamione zaschniętą krwią. Nie wiedziała, czy była to jej krew, czy Pożeraczy. 
Gdy jeden z potworów do niej dobiegł, cięła sztyletem po jego brzuchu, padła na ziemię i przeturlała się. Pożeracz upadł i potoczył się kawałek, a drugi na niego wpadł. Emma podniosła się, dysząc, ale ręce się pod nią ugięły i uderzyła brodą o twardą ziemię. Tępy ból przeszył jej głowę, a przed oczami pojawiły się mroczki. 
Zobaczyła rozmazaną sylwetkę Pożeracza, który właśnie skakał na nią z wyciągniętymi rękami. Automatycznie się przeturlała, a potwór padł na ziemię w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą leżała. Wykorzystując resztki sił uniosła ręce i z całej siły jaka jej została wbiła sztylet w kark Pożeracza. Ten prawie natychmiast znieruchomiał, lecz Emma nie zdążyła nawet odetchnąć, gdy zobaczyła drugiego potwora, który właśnie podnosił się z ziemi. Na jego brzuchu nie było ani śladu wcześniejszego cięcia, została tylko rozdarta bluzka. 
Głowa Emmy bezwładnie opadła na ramiona. Jej ciało pulsowało bólem, czuła się tak, jakby ktoś wbijał w nią tysiące igieł. W piersi ją kuło, a płuca paliły. Wzrok miała rozmazany, powieki ciężkie. Wiedziała, że to już jej limit. I tak była dumna, że wytrzymała tak długo. Normalnie, pewnie taki wysiłek by ją zabił, ale najwyraźniej śmierć Rose była dla niej zbyt wielkim ciosem. Ciosem, który zamiast ją dobić, dodał jej sił. 
Pomyślała o Rose, która przed śmiercią powiedziała jej, że świat jest piękny. A teraz umarła właśnie w tym "pięknym" świecie. Gdyby naprawdę taki był, Rose by nie umarła. Byłaby żywa, uśmiechnięta, szczęśliwa. Dorosłaby. Jednak teraz to bez znaczenia. Rose już nigdy nie przywita Emmy tym olśniewającym uśmiechem. Nie będzie się z nią droczyć. Nie będzie się o nią martwić. W ogóle jej nie będzie. Odeszła i nie wróci. Jedynym sposobem, by znów ją zobaczyć, jest śmierć. Emma pomyślała, że Rose nie będzie na nią zła, że się poddała. A nawet jeśli, to jej wybaczy. 
Już zamykała oczy, gdy dostrzegła ruch. Powietrze przeszył huk wystrzału, który wwiercił się boleśnie w uszy Emmy. Coś z hukiem padło na ziemię, a gdy dziewczyna podniosła wzrok, zobaczyła, że to Pożeracz. Z jego głowy ziała ciemna dziura, z której sączyła się krew. Emma odwróciła nieprzytomny wzrok od tego ohydnego widoku i skierowała go na parę nóg, które wyrosły tuż przed nią.
-Hej, wszystko w porządku? - usłyszała nad sobą zmartwiony głos. Nie miała jednak siły odpowiedzieć, więc tylko przymknęła powieki, oddychając płytko i skupiając się na tym, żeby nie zemdleć. Nagle ktoś chwycił ją mocno za ramiona i odwrócił na plecy. Emma dopiero teraz zdała sobie sprawę, że słońce już zaszło. Nie było jeszcze pełnej nocy, panował tylko lekki półmrok. 
Ktoś pochylił się nad nią, a ona skupiła na tym kimś nieprzytomny wzrok. Był to chłopak, może trochę starszy od niej, a może w jej wieku. Miał ciemne, blond włosy i niebieskie oczy, które teraz wpatrywały się w nią z niepokojem. 
-Dobrze się czujesz? Możesz się ruszyć? - zapytał nieznajomy, a ona tylko na niego patrzyła. Oddychała ciężko, a każdy oddech był jak ognisty szpikulec, wbijający się w jej płuca. Zaczęła kaszleć, a chłopak klęczący obok niej drgnął. Przewróciła się na bok, zasłaniając ręką usta, podczas gdy chłopak mówił coś do niej niewyraźnie. Gdy Emma odjęła rękę od ust, była na niej krew. 
-Hej, słyszysz mnie? Co się dzieje? Cholera... Mógłbyś mi pomóc, czy będziesz tam sterczał całą noc? - zapytał nieznajomy, odwracając się gwałtownie, a Emma dopiero po chwili uświadomiła sobie, że nie jest sam. Patrzył gdzieś za siebie, lecz Emma nikogo za nim nie widziała. Nie wysilała się jednak zbytnio, bardziej skupiając się na tym, by się nie ruszać. Musiała odpocząć, by wróciły jej siły, by mogła znów walczyć. Będzie walczyć aż nie padnie. Albo z wyczerpania, albo przez Pożeraczy. 
-Nie mamy tu nic do roboty. Zabiłeś potwora, więc możemy iść dalej. - głos, który usłyszała Emma był przepełniony rozdrażnieniem. Nie widziała jednak osoby, która się odezwała, więc przypuszczała, że stoi gdzieś dalej. Zamknęła na chwilę oczy i zacisnęła dłonie w pięści, wbijając paznokcie w skórę, a ból rozjaśnił jej w głowie. Atak kaszlu minął i teraz dyszała ciężko, leżąc na boku.
Powinna odpocząć. Powinna dojść do siebie, do pełni sił. Wiedziała, że przez jej słabe zdrowie powinna się nie przemęczać, powinna siedzieć w domu i ukrywać się jak większość ludzi, nie wystawiając się na zbytni wysiłek. Ale nie mogła. Nie mogła patrzeć, jak te potwory powoli przejmują ich świat, świat ludzi, a oni oddają im go bez walki. Chciała pokazać im, że ludzie też potrafią walczyć, że jeszcze się nie poddali. 
Otworzyła oczy i z trudem podniosła się do pozycji siedzącej. Blondyn odwrócił się do niej, jakby wyczuł jej ruch, a w jego oczach Emma zobaczyła niepokój, który z jakichś powodów ją zirytował. Poczuła się strasznie bezradna. Nie potrafiła nawet sama się mścić. Zawsze ktoś musiał ją ratować. Łzy spłynęły po jej policzkach, a ona nie miała siły nawet ich otrzeć. Nienawidziła swojej bezsilności. Próbowała wstać, ale zabrakło jej sił i znów padła na ziemię. 
-Nie wydaje mi się, żeby wstawanie po takim wysiłku było zdrowe. Lepiej się połóż. - powiedział blondyn, mierząc ją zaniepokojonym wzrokiem. Emma jednak zignorowała jego słowa i wstała, jednak zrobiła to za szybko i zakręciło jej się w głowie. Przez chwilę nie czuła nóg i myślała, że znów upadnie, lecz jakoś utrzymała się na nogach. Zachwiała się, ale gdy chłopak chciał jej pomóc, odepchnęła jego dłoń. 
-Nic mi nie jest. - mruknęła, trochę zbyt ostro. Gardło miała zdarte od kaszlu i każde słowo wywoływało ostry ból. Otarła łzy, zła na siebie, że pozwoliła obcym osobom oglądać ją w takim stanie.
-Jesteś zaskakująco oschła dla kogoś, kto właśnie ocalił ci życie. - znów usłyszała ten cichy głos, ale teraz była w nim złość. Emma odwróciła się i spojrzała na chłopaka, który się odezwał. Stał kilka metrów od nich, w rękach trzymając strzelbę. Tak jak blondyn, mógł być w jej wieku, lub starszy. Był wysoki i szczupły, miał kruczoczarne włosy, wystające kości policzkowe i jasne, niebieskie oczy, które teraz były utkwione w jej twarzy. Emma dostrzegła na jego ramieniu jakąś opaskę, a gdy spojrzała na blondyna, zobaczyła taką samą również u niego. Opaska była naszyta na kurtce, ale dziewczyna nie dostrzegała co na niej jest.
-Nikt nie kazał mu tego robić. - rzuciła i schyliła się po sztylet, który ciągle tkwił w karku Pożeracza. Znów zakręciło jej się w głowie, ale jakimś cudem udało jej się nie upaść. Wyszarpnęła ostrze i wytarła je o podartą bluzkę, czując w głowie tępe pulsowanie. Całe ciało miała sztywne, a każdy ruch sprawiał jej ból.
-Może i nie, ale należą mu się chyba podziękowania. - naciskał ciemnowłosy, a blondyn, który właśnie wstał, spojrzał na niego z krzywym uśmiechem. 
-Daj spokój. - rzucił, podnosząc z ziemi swoją strzelbę, którą zapewne zabił Pożeracza, tym samym ratując Emmie życie. Dziewczyna spojrzała na ciemnowłosego pustym wzrokiem.
-Nie chciałam być ratowana. - powiedziała, ocierając krew z brody. Oczy chłopaka się rozjarzyły, a blondyn natomiast znieruchomiał, jakby Emma poruszyła właśnie jakiś zakazany temat. 
-Więc to dlatego nie uciekałaś? Dlatego pod koniec się poddałaś? Bo chciałaś umrzeć? - zapytał czarnowłosy cichym głosem, który jednak usłyszała bardzo wyraźnie. Nie miała ochoty tłumaczyć mu, że poddała się z wyczerpania, więc tylko na niego patrzyła. Blondyn stał sztywno, patrząc na nią wielkimi, niebieskimi oczami. 
-Mam swoje powody.  - odparła cicho. Chłopak ruszył w jej stronę, ze złością w niebieskich oczach. Emma stała bez ruchu, z pustym wzrokiem utkwionym w idącym w jej stronę chłopaku. Zatrzymał się krok od niej, a Emma zobaczyła z bliska brzydką bliznę na jego szyi, która znikała pod koszulką. Blizna była aż za bardzo widoczna na tle bladej skóry.
-Zgaduję, że chodzi o jakąś tragedię. - powiedział, a Emma zesztywniała. Obraz Rose pojawił się w jej głowie, wyraźny, jak świeża, bolesna rana. Chłopak miażdżył ją wzrokiem, podczas gdy w jej piersi rodziła się panika, spowodowana myśleniem o siostrze. - Myślisz pewnie, że jesteś skrzywdzona przez los. Że przez to wydarzenie nie możesz już żyć. Że musisz umrzeć. Że tylko ty cierpisz, że jesteś jedyną, która coś straciła. Ale zaskoczę cię. Co druga osoba, którą spotykam, jest taka jak ty. Nie jesteś nikim wyjątkowym. Chcesz umrzeć z takiego idiotycznego powodu, a to czyni cię tchórzem. Jesteś przez to osobą gorszą nawet od Pożeraczy, bo one przynajmniej walczą do końca. A ty chcesz poddać się od razu, bo myślisz, że zasługujesz tylko na śmierć. Jesteś naprawdę żałosna.
Jego słowa wwiercały się jej w uszy i rozbrzmiewały jej w głowie jak echo. Jego wzrok był bezlitosny, tak jak te słowa. Nie chciała tego usłyszeć. Nie chciała, by powiedział jej prawdę. Bo to była prawda. Była żałosna, ale mimo wszystko te słowa bolały. Ręce zaczęły jej drżeć i choć zaciskała je z całej siły, nie przestawały. Jedynym plusem tego wszystkiego było to, że łzy najwyraźniej się już wyczerpały, bo gdyby tak nie było, teraz na pewno by się rozpłakała. Mierzyli się wściekłymi spojrzeniami, a Emma czuła w piersi lodowate zimno, jakby ktoś umieścił jej w sercu sopel lodu.
-Wystarczy. - blondyn nagle pojawił się przy nich i spojrzał przepraszająco na Emmę, jednak w jego oczach czaił się jakiś mrok, który zaniepokoił dziewczynę. Jednak nie odezwała się ani słowem. Ciemnowłosy patrzył na nią z góry, wzrokiem pełnym pogardy, który sprawiał, że chciała krzyczeć na całe gardło.
-Nie będzie oceniał mnie ktoś taki jak ty. - wypaliła, a ten zmrużył oczy. - Nic o mnie nie wiesz. 
Chłopak już miał coś powiedzieć, ale blondyn położył mu dłoń na ramieniu i spojrzał na niego, porozumiewawczo. Ona i Rose też posługiwały się takimi spojrzeniami. Na wspomnienie siostry, Emma poczuła jeszcze większy ból w piersi, więc skrzywiła się lekko. 
Blondyn oderwał wzrok od kompana i spojrzał na nią. 
-Zakończmy ten temat. Udajmy, że nic się nie stało. - zarządził, a ciemnowłosy tylko prychnął, wkładając ręce do kieszeni. Emma milczała. - Nie będę cię zatrzymywał, jeśli będziesz chciała teraz odejść, ale według mnie powinnaś iść z nami. Nie wydaje mi się, żebyś była zdolna do dalszego wysiłku, więc..
-Dam sobie radę. - mruknęła, przerywając mu. Blondyn spojrzał na nią, a w jego oczach widziała wahanie i niepokój. Wiedziała, że chce jej pomóc, ale nie potrzebowała litości, ani współczucia. Wszyscy powinni nią gardzić, nienawidzić jej za to co zrobiła. Nie była w stanie uratować własnej siostry, a chciała ratować cały świat. Co z niej za wojowniczka, skoro nie potrafi uratować nawet jednej osoby?
Zacisnęła dłonie w pięści i odwróciła się. Ruszyła przed siebie, nie patrząc na swoich wybawicieli.
-Uważaj na siebie. - zawołał za nią blondyn. Ciemnowłosy się nie odezwał, ale Emma czuła na plecach jego wzrok. Jego słowa wciąż rozbrzmiewały jej w głowie, a ona nie mogła ich wyciszyć. Zamknęła za chwilę oczy, by się uspokoić i zacisnęła palce na rękojeści sztyletu.
-Wy też. - szepnęła, wiedząc że nie usłyszą jej słów.
Zniknęła z oczu swoim wybawicielom i ruszyła dalej, w mrok.


* * *


Chłopcy szli szybko i cicho, blondyn po lewej, a ciemnowłosy kilka metrów od niego po prawej. Księżyc wisiał wysoko na niebie, co chwilę przysłaniany przez burzowe chmury. Gwiazd w ogóle nie było widać, a wszędzie wokół panował mrok.
Blondyn zagwizdał, a ciemnowłosy spojrzał w jego stronę. Chłopak pokazał na ulicę przed nimi, więc ciemnowłosy spojrzał w tamtą stronę. Jego przyjaciel wskazywał coś co znajdowało się przed ciemnowłosym, więc ten kiwnął głową i ruszył w tamtą stronę, czując na sobie wzrok blondyna.
Trzymał broń w gotowości, zbliżając się do ciemnych kształtów leżących na ziemi. Zatrzymał się przed nimi i opuścił broń, dając przyjacielowi znać, że jest bezpiecznie. Tamten podszedł bezszelestnie i stanął u boku ciemnowłosego.
Akurat w tym momencie księżyc wyłonił się zza chmur ukazując ciała dwóch Pożeraczy i dużo mniejsze ciało dziewczyny. Blondyn skrzywił się, patrząc na poszarpane ciało dziewczyny, a stojący obok niego przyjaciel patrzył bez mrugnięcia okiem. To tylko kolejna ofiara w tej całej wojnie. Nie znał jej więc nie czuł nic patrząc na jej ciało. Popatrzył na Pożeracze, a później dalej na ulicę, gdzie dostrzegł ciemną plamę. Jednak nie było żadnego ciała, które mogłoby uzasadnić obecność takiej ilości krwi. Ciemnowłosy zmarszczył brwi, badając wzrokiem ulicę.
Blondyn westchnął głośno, a ciemnowłosy zerknął na niego z ukosa.
-Najwyraźniej tamta dziewczyna jest dużo silniejsza niż przypuszczałem. - mruknął, a ciemnowłosy nie odpowiedział. Spojrzał na ciało małej blondynki, które leżało u jego stóp. Mogła mieć z piętnaście lat. Jej puste oczy wpatrywały się w niebo, a ten piwny odcień widział już wcześniej.
-Nie wydaje mi się. - mruknął, a blondyn który już ruszył przed siebie odwrócił się do niego.
-Mówiłeś coś? - zapytał, przekrzywiając głowę. Ciemnowłosy podniósł wzrok, w którym przez chwilę czaił się mrok, ale szybko zniknął, więc blondyn niczego nie zauważył.
-Zdawało ci się. - odparł, ruszając za kompanem i zostawiając ciało dziewczynki za sobą.


* * *


Emma stała przed swoim domem już dłuższą chwilę. Patrzyła na odsłoniętą szczelinę, z której ziała ciemność. Zostawiła tak otwarte przejście? A może Pożeracze wdarły się do środka? Jednak wiedziała, że nie dlatego boi się wejść do środka. Bała się wspomnień. Bała się tego, że uderzą w nią z wielką siłą, której nie będzie mogła się przeciwstawić.
Przełknęła ślinę i zrobiła niepewny krok przed siebie. Ciało ciągle ją bolało, a gardło było zdarte od kaszlu. Była wyczerpana, ale wiedziała, że nie może odpocząć. Nie tutaj. Przeszła przez szczelinę i ruszyła powoli po schodach, otoczona przez cienie. Wokół panowała cisza, a cały dom wydawał się być martwy. Kroki Emmy brzmiały nieprzyzwoicie głośno.
Dotarła do korytarza, który prowadził do kuchni i jej pokoju. Odetchnęła głęboko i ruszyła w stronę swojej sypialni, starając się nie patrzeć w stronę kuchni. Jednak zerknęła mimo woli, gdy przechodziła obok niej i od razu pożałowała. Oczami wyobraźni zobaczyła Rose, która stała przy zlewie i zmywała naczynia, nucąc pod nosem. Rose, która siedziała przy stole, czytając książkę Emmy.
Dziewczyna odwróciła pośpiesznie wzrok, czując że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. Czuła ogarniającą ją panikę. Ręce zaczęły się jej trząść, a w serce wlał się lód, który ją sparaliżował. Tego było za wiele. Po co ona tu przyszła? Spojrzała przed siebie i znów powróciło wspomnienie Rose, która biegła tym korytarzem z plecakiem przerzuconym przez ramię. Miała szczęście wypisane na twarzy, które pochodziło z tego, że Emma zgodziła się zabrać ją do Jacka i Sophie.
Zgięła się w pół i osunęła się po ścianie, czując w głowie tępe pulsowanie. Zacisnęła dłonie na włosach, chowając twarz między kolana. Zacisnęła powieki, czując słone łzy spływające jej po policzkach. To było takie niesprawiedliwe! Miała ochotę krzyczeć, niszczyć, zabijać, mścić się, bić i płakać. Dlaczego to musiało jej się przytrafić? Dlaczego nie mogła siedzieć spokojnie i ukrywać się tak jak inni? Dlaczego musiała dowieść Pożeraczom że ludzie potrafią się bronić? Że przetrwają? Przecież to było niemożliwe. Nie mogli wygrać. Nie mogli zwyciężyć z Pożeraczami.
To ona powinna umrzeć. Nie Rose. To ona miała zginąć. Ona miała bronić Rose aż do śmierci. Ona miała zginąć pierwsza. Nie Rose. Zacisnęła dłonie mocniej na włosach, ale ból zdawał się być tylko małym ukłuciem pośród jej wewnętrznego cierpienia. Powinna się poddać. Cały świat powinien się poddać. Nie było nadziei dla ludzkości.
"Jesteś naprawdę żałosna."
Otworzyła szeroko oczy, czując jak coś w niej pęka. Słowa tamtego chłopaka rozbrzmiewały w jej głowie jak mantra, której nie chciała słyszeć. Nie była żałosna. Większość ludzi myślało tak jak ona. Wszyscy się poddali, więc dlaczego ona nie mogła?
Zaklęła i wstała. Ruszyła do swojego pokoju na trzęsących się nogach, a emocje które jeszcze przed chwilą w niej szalały, teraz ucichły. Jakby głos tamtego chłopaka przepędził śmierć, która nad nią wisiała.
Walnęła pięścią w ścianę, a ból rozjaśnił jej w głowie. Spojrzała na rozcięcie, które pojawiło się na jej skórze i krew, która powoli pojawiała się w ranie. Jeszcze mu pokaże, pomyślała. Pokaże temu chłopakowi, że nie jestem żałosna. Że nie ucieknę, że przetrwam i pokaże mu, że nie jestem taka jak inni ludzie. Zacisnęła dłoń w pięść i spojrzał na majaczące przed nią drzwi.
Zawahała się, lecz po chwili wyciągnęła dłoń i pchnęła, a one uchyliły się, ukazując panującą w środku ciemność. Emma przełknęła ślinę i przekroczyła próg. Przed sobą widziała zarys łóżka, komody i szafy. Podeszła do szafy i otworzyła ją. Starała się nie patrzeć na lewą cześć szafy, która należała do Rose. Jej rzeczy oczywiście nie było, bo wzięła je wszystkie do Jacka i Sophie. Emma miała tu wrócić i wziąć swoje graty gdy Rose byłaby już bezpieczna. Pokręciła głową, pozbywając się natrętnych myśli i wyjęła zapasowy plecak, stary płaszcz i resztkę swoich ubrań. Było ich bardzo mało, zaledwie dwie pary spodni i trzy koszulki, a do tego bluza. Schyliła się i z najniższej półki wyciągnęła czarne trampki, po czym rzuciła to wszystko na łóżko i skierowała się w stronę komody. Na niej stał pluszowy miś z naderwanym uchem i zabawkowe autko z porysowaną szybką. Emma wzięła zabawki, myśląc o Chrisie i Charlotte. Miała je wziąć dla nich już ostatnio, ale zapomniała. Rzuciła misia i autko na łóżko, po czym znów zwróciła się w stronę komody.
Musiała wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Nie mogła brać niczego zbędnego. Spojrzała na stary mebel, niewyraźny w ciemności i otworzyła pierwszą szufladę. Wyjęła bieliznę i skarpetki, które miały dziurę na palcu, po czym rzuciła to do stosu na łóżku. Z drugiej szuflady wzięła latarkę, która była tylko na krytyczne sytuacje i zapasowe baterie. Dał je jej Jack i zaznaczył, że ma użyć latarki tylko gdyby chciała wyruszyć na dalszą podróż. A właśnie coś takiego planowała.
Sięgnęła głębiej i jej palce natrafiły na coś gładkiego i chłodnego. Wyciągnęła to i jej oczom ukazała się pęknięta ramka na zdjęcia. Na fotografii była ona i Rose. Poczuła bolesny skurcz w sercu i mimowolnie jęknęła. Na zdjęciu Emma obejmowała Rose ramieniem, a ta machała do aparatu, uśmiechając się szeroko.
To zdjęcie zostało zrobione rok temu, gdy Jack przyniósł pokazać im aparat, który dostał od klienta za broń. Aparat w tych czasach był rarytasem, więc oczywiście Rose była zachwycona. Jack stwierdził, że trzeba go wypróbować, więc cyknął im to zdjęcie i później dał je Emmie.
Dziewczyna wyjęła zdjęcie z ramki, kalecząc sobie palce na szkle, po czym dodała je do stosiku na łóżku. Wzięła jeszcze szczotkę do włosów, po czym otworzyła ostatnią szufladę z książkami i zamyśliła się. Lubiła czytać. Mogła wtedy przenieść się do innego świata i choć na chwilę nie przejmować się straszną rzeczywistością. Ale nie mogła sobie pozwolić na zbędny ciężar. Zamknęła szufladę, czując jakąś pustkę w sercu.
Podeszła do łóżka i schyliła się, by wyjąć spod łóżka mały woreczek, w którym schowała cenne, rzadkie przedmioty, które mogłaby przehandlować za coś użytecznego. Zapakowała wszystkie rzeczy do plecaka i zarzuciła go sobie na ramię, po czym podeszła do drzwi. Obejrzała się przez ramię i ostatni raz spojrzał na swój pokój, po czym wyszła na korytarz. Skierowała się do kuchni, czując ściskanie w gardle. Cały dom wydawał się być wypełniony wspomnieniami, które powodowały u niej wielki ból. Przełknęła ślinę i weszła do kuchni, od razu kierując się do zlewu i kliku szafek znajdujących się nad nim. Umyła zakrwawiony sztylet i wcisnęła go za pasek spodni, po czym zajęła się swoim ciałem. Wzięła szmatkę z blatu i zmoczyła ją, zmywając z całego ciała krew, krzywiąc się przy tym okropnie, bo chropowaty materiał jeszcze bardziej podrażniał jej rany. Szmatka zabarwiła się na czerwono, a Emma patrzyła, jak woda także zmienia kolor na czerwień.
Umyła się, po czym szybko ubrała czyste ubranie, stare wrzucając do kosza. Sięgnęła do szuflady nad zlewem i wyciągnęła z niej apteczkę, w której znajdowały się tylko stare bandaże, maść, kilka plastrów, gazy i całe opakowanie tabletek przeciwbólowych. Zażyła jedną tabletkę, po czym podeszła do stołu i opatrzyła sobie nogę. Miała paskudne rozcięcie na udzie, do którego zdążyło się wkraść zakażenie. Ropa połączona z krwią i poszarpaną skórą nie wyglądała zachęcająco. Emma przełknęła ślinę, oczyściła ranę i owinęła bandażem. Tyle musiało jej na razie wystarczyć. Noga bolała, gdy Emma na niej stawała, ale nie miała teraz czasu na kurację i odpoczynek. Musiała się spieszyć. Położyła apteczkę na stole, po czym wróciła do szafek. Wyjęła pustą butelkę i napełniła ją wodą z kranu, wzięła chleb i zrobiła kilka kanapek z serem i z szynką, po czym zapakowała to wszystko do plecaka.
Cisza i ciemność ją otaczały, jakby dom chciał ją zatrzymać. Jakby nie chciał by odchodziła, by zostawiała go wraz z tymi wszystkimi wspomnieniami. Ale musiała odejść. Gdyby tu została, jej serce by pękło. Nie dałaby rady żyć z tymi wszystkimi wspomnieniami. Odwróciła się i ruszyła biegiem po schodach, zakładając pospiesznie plecak. Wypadła na ulicę, równie cichą jak jej dom.
Popędziła przed siebie, zostawiając za sobą przeszłość.


* * *


Stała przed metalowymi drzwiami, słuchając jak za nimi Jack odblokowuje wszystkie zamki. W szczelinie pojawiło się jego oko, a potem ostatnia zasuwa szczęknęła i stanął przed nią Jack. Miał na sobie to co zwykle, czyli wojskowe spodnie i czarną koszulkę bez rękawów. Tatuaże oplatały jego ramiona, a zielone oczy patrzyły na nią spod zmarszczonych brwi.
-Emma? - zagadnął zaniepokojony, a ona minęła go i ruszyła korytarzem, trzymając głowę nisko i zasłaniając twarz włosami. Słyszała jak zamyka za nią drzwi i już po chwili się z nią zrównał.
-Co się dzieje? Jest środek nocy, a ty włóczysz się sama po okolicy. Co ty sobie myślisz? I dlaczego nie przyszłaś dziś rano? - mówił, a ona starała się nie panikować. Nie mogła mu powiedzieć co się stało. To była tylko i wyłącznie jej wina i sama musiała sobie z tym poradzić. Jednak gdzieś w jej głowie odzywał się cichy głosik, który mówił, że to też wina Jacka, bo nie wyszedł jej pomóc. Pokręciła gwałtownie głową, zszokowana tym pomysłem. Jack nie był winny. Tylko ona.
Mężczyzna złapał ją za ramię, zmuszając, by stanęła. Nie mogła mu spojrzeć w twarz, więc wbiła wzrok w ścianę. Jack schylił się, by mieć jej oczy na wysokości swoich, ale ona odwróciła się pospiesznie, by  nie dostrzegł jej twarzy.
-Em? Co się dzieje? - zapytał, a ona przełknęła ślinę. Nie mogła powiedzieć. Nie mogła pozwolić, by jej współczuł i był zmuszony jej pomóc. Już i tak za wiele mu zawdzięczała.
-Potrzebuje broni. - rzuciła szybko, będąc wdzięczna za to, że udało jej się zapanować nad głosem. Jack spojrzał na nią zdziwiony, puszczając jej dłoń.
-Nie mogłaś przyjść jutro? Musiałaś się włóczyć po ciemku? - uniósł brwi, a ona tylko wzruszyła ramionami. Westchnął, przeciągając ręką po twarzy.
-Uparta jak zawsze. - mruknął i ruszył do magazynu. Emma podążyła za nim i po chwili usłyszała głosy. Najwyraźniej Jack miał klientów. Nie przejęła się tym, bowiem często spotykała tutaj najróżniejszych ludzi, więc była przyzwyczajona.
Weszli do magazynu i Emma zamarła. Przy stoliku z bronią palną zobaczyła dwóch chłopaków. Tych samych, którzy ją dzisiaj uratowali. Pochylali się nad bronią, mówiąc coś do siebie ściszonymi głosami, ale gdy Emma weszła do pokoju, ciemnowłosy podniósł wzrok i uniósł brwi. Blondyn podążył za jego wzrokiem i na jego twarzy pojawiło się zdziwienie.
-To ty. - powiedział, a Emma dalej stała w miejscu, niezdolna się poruszyć. Jack przystanął i spojrzał na nią zdziwiony, po czym przeniósł wzrok na chłopaków, którzy wyprostowali się i teraz patrzyli na nią z zainteresowaniem.
Pewnie staliby tak jeszcze dłuższą chwilę, gdyby do magazynu nie wpadła Sophie. Zobaczyła Emmę i na jej twarzy także pojawiło się zdziwienie, które chwile później zmieniło się w szok. Emma bowiem nie zdążyła ukryć twarzy i choć teraz pośpiesznie odwracała głowę, Sophie już zdążyła zobaczyć wystarczająco. Podbiegła do Emmy i chwyciła ją za podbródek, unosząc jej twarz do światła. Nad jej ramieniem Emma zobaczyła Jacka, który patrzył na nią z niedowierzaniem. Wiedziała jak wygląda jej twarz. Cała lewa strona była podrapana do krwi, a skóra naokoło rozcięć sina.
-Mój Boże, dziecko, co ci się stało? - zapytała Sophie, zasłaniając ręką usta. Emma odsunęła się od niej, wbijając wzrok w podłogę. Nie mogła znieść spojrzenia Sophie. Nie mogła znieść współczucia, które się w nim malowało.
-Nic mi nie jest. - odparła Emma, odwracając się od niej. Ta jednak już wiedziała, że coś jest nie tak i chwyciła Emmę za rękę, lecz ta ją odtrąciła. Sophie wiedziała, że z Emmą wcale nie jest w porządku. Dziewczyna odwróciła się pośpiesznie do Jacka.
-Tak jak mówiłam, potrzebuje broni. - rzuciła, a on pokręcił głową.
-Coś ty znowu narobiła, Em? - zapytał, głosem rodzica, który karci swoje dziecko za jakieś przewinienie. Emma nie patrzyła na nikogo z obecnych, ale czuła na sobie wzrok Sophie i blondyna. Jack także wbijał w nią karcące spojrzenie, najpewniej myśląc, że Emma po prostu znów biła się z Pożeraczami. Tylko ciemnowłosy na nią nie patrzył, jakby ta szopka w ogóle go nie obchodziła. Właśnie oglądał bronie wywieszone na ścianie, przyglądając się im ze zmarszczonymi brwiami.
-Emma, kochanie.. Czy coś stało się Rose? - zapytała nagle Sophie, a Emma zesztywniała. Zobaczyła, że Jack zamiera, a ciemnowłosy przenosi na nią wzrok, jakby ciekawy jej reakcji. Emma poczuła, jak zimno znów zalewa jej serce. Obrazy zalały jej głowę, gdy tak stała wrośnięta w ziemię. To jak szła z Rose do Sophie i Jacka, to jak zaatakowały je Pożeracze, śmierć Rose. Zacisnęła dłonie w pięści, próbując powstrzymać ich drżenie. Oczami wyobraźni zobaczyła jak Pożeracze rozszarpują ciało Rose, a ona krzyczy o pomoc, której Emma nie może jej dać. Ogarniała ją panika, a ona czuła się tak, jakby pochłaniał ją ocean, szarpiąc nią we wszystkie strony. Tonęła, brakowało jej powietrza, a ciemność i cisza ją pochłaniały.
Przełknęła ślinę, wiedząc, że nie może dać się ponieść emocjom. Nie mogła mieszać w to Sophie i Jacka. To nie była ich sprawa. Sama musiała sobie poradzić. Nie mogła znów korzystać z ich dobroci. Powtarzała to sobie jak mantrę i wreszcie, gdy minęła cała wieczność, odwróciła się do Sophie.
-Wszystko u niej w porządku. - powiedziała, uśmiechając się. Głos nawet jej nie zadrżał, gdy wypowiadała największe kłamstwo w swoim życiu. Paznokcie mocno wbijały jej się w skórę, a ból pulsował jej w głowie, ale nie odrywała wzroku od Sophie. Jack najwyraźniej się uspokoił i teraz tylko patrzył na nią z irytacją, myśląc o tym, że znów wystawiła się na niebezpieczeństwo. Sophie mierzyła ją wzrokiem jeszcze przez chwilę, a później kiwnęła głową i się uśmiechnęła.
-Więc się cieszę. - powiedziała i akurat w tym momencie z góry dobiegł płacz dziecka. Emma rozpoznała głos Charlotte, która pewnie znów miała koszmary. - Wybaczcie. Obowiązki wzywają.
Odwróciła się i wyszła z magazynu.
Emma podniosła wzrok i napotkała spojrzenie ciemnowłosego. Przyglądał jej się uważnie, krzyżując ręce na piersi i opierając się o ścianę. Jego wzrok zdawał się przeszywać ją na wskroś, więc uciekła spojrzeniem i tym razem spojrzała na blondyna. Ten też na nią patrzył, ale raczej z niepokojem, tak samo, jak wcześniej.
-Na pewno wszystko w porządku? - zapytał, a ona tylko wzruszyła ramionami.
-W tym świecie nic nie jest w porządku. - odparła i przed chwilę wydawało jej się, że ciemnowłosy uśmiecha się pod nosem, jednak gdy na niego spojrzała, tylko na nią patrzył, tymi zimnymi oczami.
Odwróciła się do Jacka, który teraz przeglądał zawartość jakiejś skrzynki.
-Jak już mówiłam, potrzebuje broni. - zagadnęła, a on westchnął nie podnosząc na nią wzroku.
-Tak, słyszałem już wcześniej. - mruknął, wyciągając ze skrzynki dwa pistolety, takie same jak te, które dał jej ostatnio. - Te mogą być?
Emma kiwnęła głową, a Jack położył broń na stoliku i podszedł do innej skrzyni, po czym wyciągnął z niej amunicję.
-Hej, Jack... - zagadnęła, a on podniósł na nią wzrok. - Mógłbyś dać mi więcej amunicji niż ostatnio?
Zmarszczył brwi, patrząc na nią czujnie. Emma czuła, że chłopcy za jej plecami także ją obserwują. Włożyła ręce do kieszeni płaszcza, żeby nikt nie widział jak zaciska je w pięści.
-Tak, żeby starczyło na tydzień. - dodała, a Jack zmarszczył brwi jeszcze bardziej.
-Na tydzień? Po co ci tak dużo? - zapytał podejrzliwie, prostując się. Emma zaklęła w myślach.
-Ostatnio miałam małą akcję z.. - głos jej się załamał, gdy próbowała wymówić imię siostry. Zamknęła oczy na sekundę, uspokajając się. Czuła pulsowanie w głowie, a jej myśli pędziły jak szalone. - Rose. Wydaje mi się, że zwabiłyśmy kilka Pożeraczy, więc pomyślałam, że przez jakiś czas nie będę tu przychodzić. Wiesz, aż sytuacja się nie uspokoi.
Kłamstwo bolało. Z każdym słowem w serce Emmy wbijał się odłamek lodu. Jack spojrzał na nią podejrzliwie, ale po chwili tylko westchnął zmęczony i znów pochylił się nad skrzynią. Emma miała ochotę przytulić się do niego, tak jak to robiła jako mała dziewczynka. Miała ochotę płakać i krzyczeć, tak jak kiedyś by pozbyć się koszmarów. Okłamywanie Jacka było jednym z najgorszych przeżyć Emmy, ale nie mogła zrobić niczego innego. Tylko kłamstwem mogła go ochronić.
Jack wyjął płócienny woreczek wielkości dwóch pięści i podrzucił go, a w środku zabrzęczały magazynki z nabojami. Podał jej amunicję i broń, a ona schowała to wszystko do pełnego plecaka, kryjąc jego zawartość przed oczami Jacka.
-Dzięki. - powiedziała, sięgając do małej kieszonki plecaka. Jack wiedział, że chciała mu zapłacić, więc pokręcił głową.
-Daj już spokój. Wiesz, że nie jesteś mi nic winna. Lepiej zmykaj już do domu. - powiedział, a ona uśmiechnęła się, czując w sercu jeszcze większy ból. Dlaczego musiał jeszcze bardziej utrudniać jej odejście? Z każdą kolejną chwilą  miała coraz większą ochotę, by zostać z nim, Sophie i dzieciakami już na zawsze.
-Dobra, dobra. Ale miałam coś przynieść bliźniakom, prawda? - rzuciła i wstała, trzymając w rękach misia i autko. Jack zaśmiał się, kręcąc głową. Emma zobaczyła ponad jego ramieniem wzrok blondyna, który patrzył na zabawki z zaciekawieniem. Ciemnowłosy natomiast znów nie przejawiał zainteresowania sytuacją i chodził wzdłuż stołów, przeglądając różne towary. Podniósł siekierę, zamachnął się, po czym wzruszył ramionami i odłożył ją na miejsce.
-Rany, co ja z tobą mam. - westchnął Jack, biorąc od niej zabawki i przyglądając się im z uśmiechem. Gdy tak na niego patrzyła, czuła jak na jej sercu pojawia się tysiąc rys.
-Mam nadzieję, że spodobają się Chrisowi i Lottie. - wykrztusiła ledwo słyszalnym głosem. W wyobraźni zobaczyła twarze bliźniaków, ich szczere uśmiechy i błyszczące oczy. Niemal widziała oczami duszy jak na jej sercu pojawiają się kolejne pęknięcia.
-Na pewno. - rzucił Jack, odkładając zabawki na stolik. Emma podniosła wzrok, czując łzy napływające jej do oczu i napotkała spojrzenie ciemnowłosego. Patrzył na nią z drugiego końca pokoju i marszczył brwi. Odwróciła pośpiesznie wzrok i znów spojrzała na Jacka.
-Będę się zbierać. - powiedziała, a on kiwnął głową. Naprawdę nie chciała odchodzić. Nie chciała tak się z nim rozstawać. Nie chciała odchodzić bez pożegnania z nim i Sophie. Nie chciała zostawiać bliźniaków. Tak bardzo chciała zostać z nimi już na zawsze.
Pomachała blondynowi na pożegnanie, ignorując ciemnowłosego, który także ją zignorował i wyszła, widząc jeszcze jak blondyn jej odmachuje. Jack ruszył za nią i milczał aż nie doszli do drzwi. Tam stanął twarzą do niej i uśmiechnął się, a  w jego oczach widziała tak dobrze jej znaną dumę i radość z tego, że jest cała i zdrowa.
Chwycił ją w objęcia, niemal wyciskając jej powietrze z płuc. Poczuła znajomy zapach mydła, smaru i metalu i niemal od razu poczuła się bezpiecznie. To był zapach Jacka. Zapach domu. Jack zajął miejsce jej ojca, którego prawie nie pamiętała, a Sophie miejsce jej matki. Żadne dziecko nie chciałoby zostawiać rodziców. Emma także nie chciała.
-Cieszę się, że nic ci nie jest. Naprawdę się wystraszyłem, gdy rano nie przyszłaś. Pomyślałem, że coś mogło się stać Tobie lub Rose. - powiedział, a ona czuła łzy gromadzące się w kącikach jej oczu. - Teraz mi ulżyło. Dziękuję, że tak wytrwale bronisz Rose i nas.
Tego było dla niej za wiele. Jack pocałował ją w czubek głowy, pokazując jej tym gestem całą swoją miłość i dumę. I w tym właśnie momencie jej serce pękło na tysiąc kawałków, których już nigdy nie będzie mogła znaleźć i poskładać w jedno.

Obserwatorzy